Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

poniedziałek, 26 czerwca 2017 r.
Strona główna
Jedna Europa, jeden parlament, jeden Berlin PDF Drukuj Email
07.05.2009.

                             Jedna Europa, jeden parlament, jeden Berlin

 W polityce totalnickej eurosocjalizma najważniejsza jest politgramota podawana przez oficerów frontu ideologicznego do wierzenia demokratycznym masom. Stąd na przykład Palikot czy Niesiołowski (mówimy Palikot, myślimy Niesiołowski i odwrotnie, jeden czort, odin  Urban...) nadają się jak najbardziej na posła czy tam wicemarszałka Sejmu, podczas gdy taka Anna Fotyga nijak nie nadaje się nawet na ambasadora Polski przy ONZ. Wydawałoby się, z jako b. minister spraw zagranicznych ma ku temu niezłe kwalifikacje, ale pp.Tusk i Sikorski (jakie są właściwie ich kwalifikacje?...) są odmiennego zdania. Niewiadomo, czym uzasadnione jest to „odmienne zdanie”, ale na koniec został im tylko jeden argument: Fotydze nie podoba się aktualna polska polityka zagraniczna.(Ba! Komu się podoba?...) Jednak z faktu, że Fotygi jako kandydatki na ambasadora nie zachwyca polska polityka zagraniczna Tuska i Sikorskiego nie wynika jeszcze, że jako ambasador przy ONZ  sabotować będzie wytyczne swego nowego zwierzchnika. Nie chodzi zatem tak naprawdę ani o kwalifikacje Fatygi, ani o jej prywatne oceny, tylko o to, że placówka w Nowym Jorku daje niezły wgląd w „kuchnię polityczną”, a zwłaszcza w kuchnię wywiadowczą tego siedliska szpiegów. Patrząc zatem z partyjniackiego, totalniackego punktu widzenia, a nie państwowego – żadne tam kwalifikacje się nie liczą: tam trzeba wsadzić partyjnego kolesia, najlepiej jeszcze „z dyplomatycznej stajni” Geremka, w której niegdysiejsze ogiery PRL-owskie przeobraziły się w chabety III RP.

 Los jednak skarcił „kierownictwo naszej polityki zagranicznej”  w postaci skandalu genewskiego, którego nie dało się ukryć: dla udelektowania Niemców i Żydów minister Sikorski nakazał „bojkot” tej konferencji naszym przedstawicielom tylko dlatego, że prezydent Iranu zamierzał publicznie skrytykować żydowski rasizm... Trzeba dużej bezczelności, żeby w takich okolicznościach wymagać „podobania się” polskiej polityki zagranicznej Polakom, tak ciężko doświadczanym żydowskim szowinizmem i rasizmem.

 Los skarcił też premiera Tuska w jego widocznej słabiźnie „przyjaznego państwa”, które na naszych oczach staje się „aksamitnie zamordystyczne”(jak uważa red.Piotr Semka) lub „siermiężnie zamordystyczne” (jak uważam ja). Właśnie gdy „ludowcy” z Europejskiej Partii Ludowej żarli i pili na swym warszawskim kongresie inaugurującym kampanię wyborczą do żałosnej karykatury parlamentu, jaką jest Parlament Europejski – inni „ludowcy” (jednak bardziej autentyczni, bo przynajmniej ze związków zawodowych kolejarzy i stoczniowców) byli „gazowani” i ostrzeliwani z armatek wodnych przez policję, doświadczając na własnej skórze „przyjaźni państwa”. Dziwnym trafem – publiczne media w ramach swej „misji informacyjnej” nie pokazywały tym razem drastycznych scen tej „przyjaźni”, tylko poprzestały na „omówieniach ustnych”... No, no - ho,ho! A co to będzie, gdy „ludowcy” z PO, PSL i SLD „klepną” już w Sejmie te „ustawę kneblową”, nad która mozoli się posłanka Śledzińska-Katarasińska z coraz gorszym skutkiem? Jeśli dobrze rozumiem taktykę autorów tej zamordystycznej ustawy – chodzi o to, żeby przewlec jej proceduralne wdrożenie (możliwe veto prezydenta, Trybunał Konstytucyjny) do czasu wejścia wżycie Traktatu Lizbońskiego, bo potem żadne już  „procedury krajowe” nie wstrzymają zakneblowania i cenzurowania mediów „publicznych”. Wszystko przejdzie na ręczne sterowanie.

 W drodze powrotnej do demokratycznego zamordyzmu (lub demokracji zamordystycznej) ważną rolę odgrywają tzw. sondaże opinii publicznej. Patrząc z perspektywy – są one nowoczesnym instrumentem socjotechnicznym zastępującym dawne „spontaniczne” pochody, wiece i manifestacje, organizowane przez partie komunistyczne celem pokazania „jedności narodu z partią”. „Sondaże”, organizowane dziś przez pookrągłostołowych dysponentów „ośrodków badania opinii publicznej” służą temu samemu celowi: że niby „większość popiera”, że niby „jedność”... Ręcznie sterowane media „publiczne”, zakneblowane solidnie ustawowo zapisaną „polityczną poprawnością”, zoperowane kadrowo i selektywnie wybiórcze w doborze zapraszanych gości,  wzmacniane sondażową propagandą – to całkiem wystarczające instrumentarium, żeby pod rządami Traktatu Lizbońskiego utrzymywać demokratyczny zamordyzm brukselski w służbie „jedności”. Zresztą: Lizbona, Bruksela... Przecież to też tylko „pseudonimy” Berlina... Nie dziwi zatem, że jeden z czołowych stręczycieli Traktatu Lizbońskiego, czołowy alfons „strojki eurosocjalizma” – ukorzeniony Niemiec Marcin Schulz z SPD, szef frakcji socjalistycznej w tej atrapie parlamentu, jakim jest Parlament Europejski, powiada w wywiadzie dla „Rzepy”: „To jedność daje siłę”... Jawohl, herr Schulz: jedna Europa, jeden parlament, jeden Berlin! To i jasne jest dalsze przesłanie tego alfonsa niemieckiego socjalizmu: „Donald Tusk padł ofiarą rewanżyzmu historycznego braci Kaczyńskich. To, że jest pół-Niemcem, było powodem, by go tępić”.

 Czy zatem nowa ustawa medialna w Polsce może tolerować wolność słowa dla polskiego „rewanżyzmu historycznego” nie samych tylko przecież braci Kaczyńskich ale i milionów Polaków, którzy będą wyszukiwać „ofiar” by je „tępić” tylko dlatego, że są „pół-Niemcami” czy też „pół-Żydami”? Oczywiście, że nie może, i dlatego potrzebna jest „jedność, która daje siłę”.

 Na razie jedność zademonstrowana na warszawskim kongresie Europejskiej Partii Ludowej dała wystarczającą siłę „ludowcom”, żeby spacyfikować demonstrujących „ludowców” ze związków zawodowych, którzy, nie wiedzieć czemu, wołali gromko pod adresem „ludowego” rządu PO-PSL: „Złodzieje! Złodzieje!”...

 Powiadają, że „vox populi, vox Dei”, a nie wydaje się, żeby Pan Bóg przemawiał akurat ustami takich „ludowców”, jak premier Tusk, wicemarszałek Niesiołowski, poseł Palikot czy eurodeputowany Schulz.

                                                      Marian Miszalski

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »