Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

poniedziałek, 20 sierpnia 2018 r.
Strona główna
Największa gaffa sezonu PDF Drukuj Email
14.06.2009.

                             Największa gaffa sezonu

 („Najwyższy Czas”, 10 czerwca 2009) Spęd uczestników „grupy wyszechradzkiej” w Krakowie zaszczyciła swą obecnością kanclerz Angela Merkel, głównie, jak się wydaje, po to, by publicznie nazwać Tuska „drogim Donaldem”, całkiem jak czeska Żydówka, Magdalena Albright zwykła w takich okolicznościach namaszczać Geremka „drogim Bronisławem”. Małych trzeba nadymać. Spotkanie Krakowie miało w sobie coś z PZPR-owskiego spędu, coś z międzynarodowej akademii: mówcy utrwalali Kult Demokracji, najwyraźniej w ramach nowej obrzędowości świeckiej, jaka będzie obowiązywać w eurokołchozie. Na widowni, w pierwszych szeregach widziało się weteranów „transformacji ustrojowej”  - Oleksy, Cimoszewicz, Kwaśniewski, Borowski, Mazowiecki  itp., a także zarówno neofitów liberalizmu (Niesiołowski) jak „łże-liberałów” starej daty, jeszcze z czasów „Kongresu Aferałów” (Jan Bielecki). W prezydium tej międzynarodowej akademii ku czci „obalenia komunizmu” najwdzięczniejsza parę stanowili spijający sobie z dzióbków „cienki Bolek” i „stary Bolek”. Cienki Bolek to, oczywiście, Donald Tusk, kontentujący się już tylko „zewnętrznymi znamionami władzy”, a „stary Bolek” to, oczywiście – „Bolek” prawdziwy. Na uwagę zasługiwał występ „pięknej Julii” z „dalekiej Ukrainy” („pięknych dziewcząt jest nie mało lecz najwięcej w Ukrainie”), chociaż niedyskretne zbliżenia kamery brutalnego operatora TVP pokazywały, że uroda szybko  kruszy się wraz z upływem lat stażu politycznego; „pięknej Julii” nie pomagała  wspaniała kreacja, kojarząca się z przysłowiowym wyglądem „stróża w Boże Ciało”. Zauważyłem, że podczas występu próchniejącej Julii „drogi Donald” nerwowo kręcił młynka palcami. Jużci, gdy Niemcy o Rosjanie blokują rozszerzanie UE na wschód, nie wiadomo, z jakiego klucza mogła zaśpiewać Julia, którą władze polskie prosiły niedawno, by „pomogła stoczni gdańskiej”. Ale skończyła poprawnie, prosząc o wsparcie Ukrainy w staraniach o członkostwo w UE, niewiadomo, szczerze, czy nieszczerze... Kamerzysta nie pokazał wówczas twarzy I sekretarza UE, tj, pardon, kanclerzyny Merkel, zdaje się, że szybko opuściła krakowski spęd, zaraz po wygłoszeniu swej kwestii, jeszcze zanim do głosu dopuszczono piękną Julię. Jasne, nie ma zbyt wiele czasu na głupstwa. Podobno dociekliwi dziennikarze nie zdążyli nawet  zapytać, komu w przyszłości, w Polsce, nie będzie podawać ręki jako „przeciwnikowi Traktatu Lizbońskiego”, co zapowiadała przed swym przylotem. Szkoda, bo byśmy już wiedzieli, kto w najbliższej przyszłości będzie folksdojczem, a  kto nie.
 Na skromnej widowni, na dziedzińcu Jagiellonki, w pierwszych szeregach publiki zasiadły więc stare repy „transformacji” – a za nimi naiwna, zielona młodzież licealna: to „kanon organizacyjny” w eurokołchozowej obrzędowości świeckiej. Starzy cyniczni wyjadacze dają „element powagi i doświadczenia”, naiwna, zielona młodzież – element  „entuzjazmu i nadziei”. Nawiasem mówiąc: to kanon zerżnięty dosłownie z akademii komunistycznych, to ta „tradycja”. Zastanowił mnie jednak brak jakiejś wyodrębnionej reprezentacji euro-pederastów: jakieś niedopatrzenie organizacyjne, które w przyszłości trzeba będzie nadrobić! W końcu to już nie PRL, do cholery!
 O dwunastej uderzono w dzwon Zygmunta... Biedny król Zygmunt! Gdyby widział, jak idea jagiellońska schodzi na psy idei eurokołchozu!...I pomyśleć, że to on rozbijał sojusz Habsburgów z Moskwą skierowany przeciw Polsce!... Odnotować warto, że i włączony w uroczystości Eminencja Metropolita krakowski czytał z kartki okolicznościową homilię, co złośliwi nie omieszkali wykorzystać twierdząc, że świeci coraz bardziej blado światłem odbitym od Jana Pawła II. Eminencja nazwał nawet obalenie komunizmu - „cudem”, i w ten sposób dochodzimy do największego faux pas, wręcz do międzynarodowej wpadki organizatorów tego spędu czy akademii w Krakowie!
  Toć nie żaden „cud”, ale Ronald Reagan swą polityką obalił komunizm, narzucając Sowietom takie tempo i rozmiar zbrojeń, iż przekalkulowali sobie, że trzeba się cofnąć, na razie pofolgować w Europie środkowo-wschodniej zachowując silne „trzymania”, ożywić własną gospodarkę, a potem spróbować inaczej: odgrzać tradycje Rapallo i paktu Ribbentrop-Mołotow, która tak głupio zaprzepaścił Adolf. Oś Moskwa –Berlin to solidniejszy fundament polityczny, niż mrzonki o „zwycięstwie komunizmu”, niechby tylko w Europie.
  I oto – na obchody ku czci „obalenia komunizmu” nie zaproszono wdowy po Reaganie! Nie zaproszono Nancy Reagan!... Co za skandal towarzyski, międzynarodowy! Jaki wstyd! Jaka gaffa! Toć przecież cały świat pomyśli sobie, że oni wszyscy, tam, w Krakowie – naprawdę uwierzyli, że 4 czerwca 1989 roku, w koncesjonowanych wyborach do parlamentu wedle pomysłu jakiegoś Kiszczaka i jego agentury – obalono komunizm... Co za kompromitacja! Jaka słoma wylazła z butów wszystkich tych europejsów, w pretensjach do salonów! To już prędzej grać im w „salonowca”, niż bywać na salonach. Jak można było pominąć wdowę po Reaganie, panią Nancy Reagan, na świętowaniu „obalenia komunizmu”!...
 Więc:
 Szanowna pani Nancy Reagan! Mnie jest wstyd za tego Tuska z całą jego świtą: proszę przyjąć ode mnie wyrazy najwyższego szacunku i wdzięczności dla pani zmarłego męża. Gdyby nie on, nadal tkwilibyśmy w szambie komunizmu.
 „Naród, który traci pamięć, traci swą tożsamość”. Naród, który buduje sobie fałszywe mity srogo się zawiedzie i rozczaruje.Pamięć już stracono, przynajmniej na tym spędzie w Krakowie, przynajmniej w kwestii „kto obalił komunizm”, a na tożsamość przyjdzie pora po Traktacie Lizbońskim. Już „idzie pora”: polityczna poprawność jako neomarksizm, nowa obrzędowość świecka eurokołchozu, kult demokracji, którego nie przezwycięża homilia Eminencji z kartki...
 Ale cóż, wiadomo: frak przestaje się marszczyć dopiero w trzecim czy czwartym pokoleniu...Tylko po co tym nuworyszostwem, brakiem dobrych manier, kompromitować zachowawczy, Bogu ducha winny Kraków? Trzeba było ten spęd, tę akademię „ku czci” zorganizować na Bródnie albo w Markach, a nie w Krakowie, w dodatku w murach Jagiellonki.
 Cóż jednak mądrego mogą wymyślić dwa Bolki, z których jeden „cienki”,  drugi wprawdzie już przytył, ale też „Bolek”, a obydwaj „skoczni” pod tę samą muzyczkę? „Jak pan każe tak ja gram”... Ale tych „panów”, co naprawdę grają za kulisami „ligi krajowej”, nie było akurat na dziedzińcu Jagiellonki, pewnie nieźle bawili się oglądając to widowisko, a grająca w „lidze międzynarodowej” Angela, dopieściwszy swojego Tuska, szybko wróciła do Berlina.
 Zaś w Gdańsku było przynajmniej bardziej autentycznie. Bez młodzieży licealnej w roli dekoracji i wypełniacza, bez starych, cynicznych wyjadaczy od „transformacji” w pierwszych rzędach. Bardziej szczerze, swojsko, po naszemu, niż „akademijnie”, małpo-europo-podobnie. Ale i do Gdańska nie zaproszono wdowy po Reaganie. Juźci, jeszcze Obama by się obraził!

                                                                Marian Miszalski

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »