Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

poniedziałek, 20 sierpnia 2018 r.
Strona główna
Idzie nowe PDF Drukuj Email
13.07.2009.

                                        Idzie „nowe”?....

 („Niedziela”, 15 lipca 2009) Kto wie, czy nie był to najweselszy proces legislacyjny Iii Rzeczpospolitej: mam na myśli uchwalanie nowej ustawy medialnej. „Góra urodziła mysz”, a konkretnie posłanka Śledzińska-Katarsińska wespół z PO i PSL porodzili coś, co Władysław Gomułka (za którego czasów wprowadzono „abonament radiowo-telewizyjny” jako podatek od posiadanie radia i telewizora) nazwałby zapewne: „ni to pies, i wydra, ale coś na kształt świdra”.

 Przy tym „abonamencie” wszystko było dość proste: każdy posiadacz radia lub telewizora płacił co miesiąc podatek, forsa szła do ówczesnego „Radiokomitetu”, który tą forsą sterował dla potrzeb bieżącej i długofalowej propagandy wedle wskazówek partii, a jak brakowało forsy, to ją „dobierano” z budżetu państwa. Wedle najnowszej ustawy medialnej, zwanej „kneblową”, nie będzie już wprawdzie podatku zwanego „abonamentem”, ale powstanie „fundusz”, z którego finansowane ma być radio i telewizja państwowa. No dobrze, ale skąd wezmą się pieniądze na tym „funduszu”? Wezmą się z budżetu państwa. Budżet państwa ma pieniądze z podatków, z czego prosty wniosek, że co zlikwidowano jako „abonament”, powróci jako „nowy podatek na fundusz”. Ale że  wprowadzanie nowych podatków nie jest mile widziane przez obciążaną nimi ludność – ustawa nie wprowadza „nowego podatku”, tylko zdaje się na parlament, który uchwalając budżet będzie musiał uwzględnić potrzeby owego „funduszu”. Parlament ma tylko jedno wyjście: podnieść istniejące już podatki tak, by sfinansować ów „fundusz”... Jak zatem widać – w sposobie finansowania radia i telewizji państwowej nic się tak naprawdę nie zmienia.

 Środowisko mediów państwowych usiłowało przynajmniej wymóc na ustawodawcy, by zagwarantował temu funduszowi pewną sumę „minimum” (acz wcale nie małą – blisko miliard złotych rocznie!), rozumiem, że jako gwarancję dotychczasowych posad i wynagrodzeń oraz pewnej względnej niezależności od kaprysów i nacisków tej czy innej „większości parlamentarnej”. Tak też zapisano w projekcie wstępnym ustawy. Posłanka Śledzińska-Katarasińska przyznała jednak w chwili rozbrajającej szczerości, że ów zapis upoważniał tylko KRRiTV do żądania wspomnianej sumy-minimim, ale o wielkości funduszu i tak decydowałaby „większość parlamentarna”... Powiedzieć można, że już na etapie przygotowywania ustawy planowano oszukańczy kamuflaż, mające sprawiać tylko wrażenie, że państwowe radio i telewizja nie będą uzależnione politycznie... W ostatniej chwili, zrywając  nagle wcześniejsze ustalenia z SLD, premier Tusk storpedował ów zapis o „minimum”: że niby zbyt wielka to suma jak na  budżet państwa, któremu w tym tylko roku zabraknąć ma ok.50 miliardów złotych. Tym samym zerwał ostatni listek figowy z tej ustawy, która media państwowe skazuje na ręczne, polityczne sterowanie każdorazowej „większości parlamentarnej”, a zarazem utrącił „finansową kotwicę” w postaci zapisanego choćby tylko orientacyjnie  minimalnego budżetu mediów państwowych.

 Gdyby nowa ustawa weszła w życie, otwierałaby drogę albo do stopniowej likwidacji mediów publicznych (prywatyzacja w ręce „kolesiów”?...) albo do nałożenia im jeszcze krótszej politycznej smyczy, niż dzisiaj, i do jeszcze szczelniejszego politycznego kagańca. Zachodzi obawa, że w tym drugim wariancie – już pod rządami Traktatu Lizbońskiego (któremu „ustawa kneblowa” wychodzi naprzeciw...)  - media te służyłyby głównie szerzeniu nowej brukselskiej ideologii, „politycznej poprawności” (będącej pseudonimem neo-marksizmu), a słynne ich „misje” – edukacyjna i kulturowa –  stałyby się elementami tresowania społeczeństwa do tej nowej ideologii.

 Krytyka ustawy ze strony biskupów polskich spotkała się z dziwnym zarzutem ze strony obozu rządzącego, że niby „biskupi nie znają się na mediach”. Hm. Platforma Obywatelska „zna się” za to wystarczająco dobrze, ale tylko żeby   przykręcać mediom publicznym śrubę, skracać smycz i je kneblować. Nie jest to imponująca umiejętność...

 Wskutek poprawek wniesionych w Senacie zapisano w ustawie „wspieranie wartości chrześcijańskich”, co „zaklepał” Sejm, i co rozwścieczyło lewicę, która – póki co – zapowiedziała poparcie spodziewanego, prezydenckiego veta wobec tej ustawy. Nie byłbym jednak zdziwiony, gdyby lewica wycofała się rychło z tej obietnicy. Bo w perspektywie wejścia w życie i długiego obowiązywania Traktatu Lizbońskiego ta ustawa sprzyja propagandzie neomarksizmu „w warunkach demokracji”, a zapis o „wspieranie wartości chrześcijańskich” lewica zamierza zaskarżyć do Trybunału Konstytucyjnego, jako „sprzeczny z neutralnością światopoglądową państwa” i godzący w „równość praw” obywateli. Znając dotychczasowe orzecznictwo tego Trybunału można żywić uzasadnione obawy, że podzieli najbardziej absurdalne nawet uzasadnienia... Wyzuta z tego zapisu ustawa służyłaby PO i SLD już tylko jako wygodny instrument sterowania mediami.

                                                                   Marian Miszalski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »