Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

Odwiedza stronę 1 gość
poniedziałek, 10 grudnia 2018 r.
Strona główna
Co by było gdyby... PDF Drukuj Email
28.10.2009.

 

                                 Co by było gdyby...

(„Najwyższy Czas”, 28 października 2009) Co by było gdyby?... Dawniej było jasne: gdyby babcia miała wąsy to by była dziadkiem. Dzisiaj babcia z wąsami wcale nie musi być dziadkiem, może być ciotą, albo ministrem kultury Francji. Dlatego w dzisiejszych czasach pytania „Co by było gdyby?” wymagają pogłębionych, eksperckich opracowań i analiz.
 Co więc byłoby, gdyby Polska nie ratyfikowała Traktatu Lizbońskiego, albo zajęła takie dokładnie stanowisko, jak Niemcy w orzeczeniu swego Trybunału Konstytucyjnego?
 Straszakiem na Polaków stałoby się słowo „izolacja”, zresztą już używane dla uciszania przeciwników eurokołchozu.
 Bylibyśmy więc wówczas „izolowani” w Europie!...
 Ale na czym konkretnie polegałaby ta izolacja?
 Czy polskich polityków przestano by wpuszczać do krajów UE? Czy dla polskich obywateli przywrócono by wizy? Czy zerwano by z Polską stosunki dyplomatyczne? Czy zaminowano by Odrę? Czy nałożono by na Polskę sankcje gospodarcze? Czy Francuzi przestaliby nam sprzedawać swe wina? Czy niemiecka agentura w Polsce dostałaby rozkaz obalenia eurosceptycznych władz? Czy Niemcy z Francuzami urządziliby jakieś wspólne manewry nad Odrą?...
 Jeśli wierzyć eurofanatykom (zarówno jurgieltnikom, jak pożytecznym idiotom) – Unia Europejska jako struktura miłująca pokój, prawa człowieka i tolerancję żadną miarą nie powinna tak zareagować. Przeciwnie: jako struktura, powołana do miłowania człowieka o najbardziej nawet kontrowersyjnych poglądach, powinna – w ramach najgłębiej rozumianej tolerancji -  nie tylko uszanować nasz wybór, ale udzielić nam daleko idącej pomocy finansowej, abyśmy jako „kochający Europę inaczej”, na swój sposób,  też mogli znaleźć w niej swe miejsce! Żadnego „wykluczenia”!
 Gdyby Unia Europejska próbowała nas szantażować „izolacją” - świadczyłoby to, że to żadna tam „struktura miłująca prawa człowieka”, ale jakaś międzynarodówka gangsterów, od której trzeba trzymać się jak najdalej, choćby nawet przyszło nam trzymać się nieco bliżej Rosji i  zimnego czekisty Putina: w końcu Putin nie straszy nas jeszcze „izolacją”.
 Albo UE jest strukturą przyjazną „obywatelom-człowiekom” i ich prawom do odmienności, więc odrzucając Traktat Lizboński nie musimy obawiać się wrogiej nam „izolacji” – albo ta eurogadanina funta euro nie warta, a UE to nowy „obóz”, który chce wypruć z nas resztki państwowej suwerenności.
 W matematyce taki rodzaj rozumowania nazywa się „dowodem nie wprost”, a jego wartość nie jest gorsza od „dowodów wprost”.
 Tymczasem wiele wskazuje, że pod presją „izolacji” łamie się nawet dzielny dotąd Czech, prezydent Wacław Klaus. „Ten pociąg jedzie już za szybko i zajechał za daleko, by się dłużej opierać” – powiada ostatnio, ale i on przecież nie ujawnia, co to znaczy konkretnie.
 Bo konkretnie – kto i czym „zajechał” prezydenta Czech, że przestaje się opierać? Czy to też były argumenty repertuaru „izolacji”?
 Co by było gdyby... – więc co by było, gdyby Polska, Czechy, Słowacja, dajmy na to, Węgry, Rumunia, Litwa, Łotwa i Estonia powiedziały „nie” Traktatowi Lizbońskiemu? Trudno „izolować” połowę Europy, zatem prawdopodobniejsze jest, że zamiast „muru wschodnioeuropejskiego” czy sankcji gospodarczych agentura niemiecka, francuska z żydowską na kupę (i pewnie z pomocą żydowskiej agentury ulokowanej w agenturze amerykańskiej...) przystąpiłaby do obalania tych rządów, które ośmieliłyby się wierzgnąć przeciwko Lizbonie.
 No dobrze, idźmy jednak dalej tropem tej „gdybaniny”, tego dowodu nie wprost.
 Załóżmy – co bardzo prawdopodobne – że ruszyłaby taka wielka operacja, chociaż musiałaby zająć wiele czasu : ot, przeciągnąć się na przykład do przyszłych wyborów w Wielkiej Brytanii, gdzie typowani na zwycięzców konserwatyści zapowiadają „kontrę” Lizbonie. Dlaczego zatem nie podjęto tej gry na zwłokę? Przecież w najgorszym przypadku – przegranej konserwatystów w  Wielkiej Brytanii – i tak nie skończyłoby się gorzej, niż kończy się obecnie...
 Odpowiedź jest jedna: ci politycy, którzy doprowadzili już dziś do ratyfikacji „Lizbony”, kierowali się albo jurgieltem, albo troską o własne kariery polityczne, o to, jak wypadną w oczach „Brukseli” (mówimy Bruksela – myślimy Berlin). Uznali najwidoczniej, że dalsza gra na zwłokę (chociaż były i są karty polityczne do dalszej gry!) spowoduje, że Berlin wykluczy ich, w przypadku przegranej, z dobrodziejstw uczestnictwa w poakcesyjnym życiu politycznym. To aprioryczni kapitulanci.
 Bo cóż to za „życie polityczne” w państwie o ograniczonej już suwerenności, które w dodatku (art.3 Traktatu Lizbońskiego) nawet w ramach tej ograniczonej suwerenności „musi powstrzymać się od wszelkich działań sprzecznych z celami, jakie wyznaczy Bruksela” (czytaj: Berlin)? To już nie będzie żadne tam polityczne „życie”, ale zaledwie „życie seksualne dzikich”, przyjemna, owszem, może nawet luksusowa, ale polityczna prostytucja.
  ...A tymczasem ani Szwajcaria ani Norwegia nie są „izolowane”. Norwegia dopuściła się nawet jeszcze gorszych „sprośnych błędów”, Brukseli obrzydłych: w 1972 roku,  m i m o wynegocjowanego już przez rząd akcesu do EWG – Norwegowie  w referendum odrzucili ten akces; co więcej – w roku 1995, mimo wynegocjowanego  p o w t ó r n i e  przez socjaldemokratyczny rząd akcesu do Unii Europejskiej -  Norwegowie ponownie odrzucili w referendum akces do eurokołchozu!
 Inna to rzecz, że norwescy socjaldemokraci nie bali się własnego narodu, nie odmówili mu prawa do referendum w „ważnej sprawie państwowej”, nie postawili się ponad narodem, czego nie można powiedzieć o osławionych „miłośnikach obywateli” z Platformy Obywatelskiej. Ci ukochali nas totalnie.

                                                                                                            Marian Miszalski

 

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »