Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

Odwiedza stronę 1 gość
niedziela, 21 października 2018 r.
Strona główna
Zewnętrzne znamiona pracy dla Ojczyzny PDF Drukuj Email
22.01.2010.

                             Ostał nam się ino dwór?

             *Zewnętrzne objawy pracy dla Ojczyzny... *Wot, tuskownyje libierały...

             *Tak postępujmy, aby nikt nic nie miał * Ruszyła nawała pozwów!

   Kiedyś były „czasy złote”, potem już tylko „srebrne”, wreszcie –„żelazne”, ale to nie koniec degradacji: teraz mamy „czasy plastikowe”, a co będzie dalej, Bóg raczy wiedzieć. Dziwnie konweniuje to z postępami demokracji totalnej, która z kolei staje się już tylko maską dla prawdziwych rządów tajnych służb. Gdy zatem jeszcze legioniści śpiewali „na stos rzuciliśmy swój życia los” - co mogłaby dziś nam zaśpiewać na politycznej estradzie „grupa Platformersów” z politycznego show-businessu? „My, błaźni z Platformy, po co nam reformy, na psy, zeszlim na psy, to właśnie my, to właśnie my”?... Bo i popatrzmy. Kiedyś symbolem wytężonej, ciężkiej pracy – także dla Ojczyzny – był „pot i łzy”. Teraz poseł Palikot, mówiąc o swym partyjnym koledze, Schetynie, jako symbol ciężkiej pracy wymienia „krew i spermę”.  Niby Schetyna tylko wtedy da sobie radę – powiada Palikot -  gdy „krew sperma pociekną mu po twarzy”. Hm... Czy politycy PO robią politykę nożem i ch....? W ten sposób ciężko pracują dla Ojczyzny?... Takie ciekawe kulisy życia wewnątrzpartyjnego odsłania nam poseł Palikot i chyba wie, co mówi. Może zresztą nie wie – ale to też ciekawe świadectwo „pracy dla Ojczyzny”.
   Tymczasem coraz więcej osób zaczyna postrzegać rządy ekipy Tuska mniej jako „przyjazne państwo”, bardziej jako demokrację policyjną. Nazbierało się, oj, nazbierało kamyczków i kamieni do ogródka tuskowego „przyjaznego państwa”! Można by z nich usypać całkiem spory kopczyk i zdaje mi się, że ten kopczyk wzrośnie wkrótce do rozmiarów kopca, kurhanu, i przysypie  platformerski polityczny show-business. Bo i w rzeczy samej: to, co pokazują, to znacznie za mało jak na politykę,  i znacznie za mało, jak na porządny kabaret. Jak powiedziałby klasyk: Ni to pies, ni wydra, ale coś na kształt świdra.
    O, właśnie: na kształt świdra...Świdrowanie naszych kieszeni stało się chyba głównym – obok, naturalnie, „dożynania watahy” – zajęciem „przyjaznego państwa” i jego tuskownych libierałów („tuskownyje libierały” – jak mawiają Rosjanie – brzmi prawie jak „padmaskownyje wiecziera”). Ten projekt „dokapitalizowania instytucji finansowych”! Toż to skok na portfele obywateli ze stemplem samej Brukseli!
  Nie brak i skromniejszych apetytów, ale w tym samym sensie i kierunku.
  Weźmy służbę zdrowia. Ideą przewodnią „tuskownych libierałow” jest ograniczyć do minimum zakres świadczeń przysługujących w ramach płaconego przez obywateli podatku zdrowotnego (zwanego idiotycznie „składką”), zasię zwiększyć zakres usług medycznych płatnych dodatkowo. Na końcu tego rodzaju logiki musi więc pojawić się kiedyś ograniczenie tych pierwszych do zera, tak, aby cały ów podatek szedł już tylko i wyłącznie na biurokrację zawiadującą służbą zdrowia, bo przecież gdzieżby tam „tuskownyje libierały” zlikwidowały przymus ubezpieczeń... Podatek ten, jak każdy podatek, będzie więc dowolnie podnoszony w przyszłości, wedle pazernych „potrzeb budżetu” – a pacjenci będą już leczyć się całkiem „otdielno”, niezależnie od tej „składki”. Za tę „składkę” nic już mieć nie będziemy.
  Nawiasem mówiąc – gdy klniemy ten skansen socjalizmu w służbie zdrowia myśl nasza mimowolni kieruje się ku twórcom tej obłąkańczej doktryny i zatrzymuje się na ogół na Marksie, Engelsie, Leninie, Stalinie, Gramscim... A przecież to słynny szaleniec, cesarz Neron, sformułował po raz pierwszy tę interesująca doktrynę polityczną w swej dewizie: „Tak postępujmy, aby nikt nic nie miał”. Przynajmniej względem „składki przymusowego ubezpieczenia zdrowotnego”  - tyskownyje liberały kieruja się chyba dewizą Nerona? I nie tylko. Wątek aferalny, obecny zarówno w krótkiej historii Kongresu Aferałów, jak i objawiający się obecnie w jeszcze krótszej historii Platformy Obywatelskiej – czyż nie nawiązuje do innej zasady dekadenta Nerona, o której Swetoniusz pisze w swych „Żywotach Cezarów”:  „Nikomu nie powierzył żadnego stanowiska, ażeby nie dodać: Dobrze wiesz, czego mi potrzeba”... Potrzebował, rzecz jasna, szmalu.
  Czy aby nasza młoda demokracja pod rządami Platformy Obywatelskiej już nie tylko przekształca się w demokrację policyjną, ale i nabiera od podszewki charakteru dekadencji? I trup pada jakby znów gęściej – Michniewicz, Zirakowski – i ta „krew i sperma” jako „praca dla Ojczyzny” (mówimy Ojczyzna – myślimy partia?), i ta potrzeba drenowania kieszeni obywateli, w zdradzieckim przymierzu z Brukselą...
  Ciekawe, ale cesarz Neron też zaczynał od przyjaznego państwa! „Nie pominął żadnej okazji dla okazania towarzyskiej uprzejmości (...) dla zrujnowanych senatorów wyznaczył roczne zapomogi (...) często deklamował publicznie (...) do krotochwilnych występów na estradzie powoływał mnóstwo publicznych osobistości (...) gdy wyrażano mu podziękowania odpowiadał: „Gdy zasłużę”...
  Tymczasem niemiecka nawała kilkunastu tysięcy pozwów rozlała się już po polskich sądach. Milczy o tym i premier Tusk, i minister Sikorski, chociaż zapadają już pierwsze korzystne dla niemieckich powodów wyroki. Ach, ach! Darmo pan premier Mazowiecki obcałowywał się z Kohlem, i  pan premier Tusk z Angelą, ba, darmo nawet Sejm Najjaśniejszej Rzeczpospolitej podjął był – wprawdzie tylko uchwałę... – że „nie oddamy ani guzika” (a premier Kaczyński sporządzić był kazał inwentaryzację naszych strat wojennych)...
  A tu „noga uwięzła, drzazga w bucie uwięzła”, to znaczy Niemcy wsadzili nogę w drzwi i napierają mocniej. Lecz gdy cesarski Rzym uległ w końcu Germanom, to i nasza młoda, acz już dekadencka demokracja policyjna nie ma się czego wstydzić – taka powinna być teraz propaganda rządowa. Ściślej mówiąc – propaganda dworska, bo dokładnie nie wiadomo właściwie, czym się staliśmy pod Traktatem Lizbońskim. Ani częścią cesarstwa, ani demokracją; ostał się nam ino dwór? Ni to pies, ni wydra, coś na kształt świdra.

                                                                Marian Miszalski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »