Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

środa, 15 sierpnia 2018 r.
Strona główna
Stare trendy w nowym opakowaniu PDF Drukuj Email
05.03.2010.

                        

                        Stare trendy w nowym opakowaniu

 („Niedziela”, 5 marca 2010) Po zjednoczeniu Niemiec Francja uznała ostatecznie ich hegemonię polityczną na środkowo-wschodnich obszarach Unii Europejskiej i dlatego dwa lata temu zdecydowała odbudować własną hegemonię polityczną na południu, w postaci Unii Śródziemnomorskiej, obejmującej b. francuskie kolonie w północnej Afryce, nad Morzem Śródziemnym, przy pożądanej współpracy z Włochami i Hiszpanią. Po krótkich targach Niemcy przystali na ten projekt pod warunkiem wszakże, że „o wszystkim będą informowani” – jak to sobie zastrzegła kanclerz Angela Merkel wyrażając niemiecka zgodę na ten polityczny projekt francuski. Gdy zatem Francja traci zainteresowanie dla Europy środkowo-wschodniej – rośnie zainteresowanie strategicznych partnerów, Niemiec i Rosji tym obszarem; zainteresowanie nie nowe w historii: podział stref wpływów w tej części Europu to stary temat stosunków niemiecko-rosyjskich, kumulujący nie tak dawno przecież paktem Ribbentrop-Mołotow, dzielącym właśnie Europę środkowo-wschodnią na strefy wpływów: niemiecką i rosyjską. Gdy zatem Francja redukuje swe europejskie zainteresowania polityczne i koncentruje się na Unii Śródziemnomorskiej – Niemcy umacniają  i rozwijają „strategiczne partnerstwo” z Rosją.
    Warto pamiętać, że już w XIX wieku sformułowano w Niemczech polityczną koncepcję „Mitteleuropy”: przekształcenia obszaru Europy środkowej w surowcowe zaplecze Niemiec i rezerwuar taniej siły roboczej. Dopuszczano tu rozwój podstawowych usług, rzemiosł i handlu, ale już nie przemysłu ciężkiego. Wersję radykalno-drastyczną tej koncepcji opracowali później hitlerowcy, gdy dogadali się we wrześniu 1939 roku z sowieckimi komunistami.
   Trudno zapomnieć o koncepcji „Mitteleuropy”, gdy na naszych oczach pada dziś w Polsce przemysł ciężki: metalurgiczny, stoczniowy, produkcji maszyn czy chemiczny, gdy Traktat Lizboński, nowa konstytucja UE, likwiduje de iure suwerenność jej członków, a Niemcy w ostatniej chwili gwarantują sobie nie uszczuploną suwerenność własną. Co do Anglii i Francji – mają broń nuklearną, lepszą gwarancję suwerenności niż traktaty, które mogą traktować z przymrużeniem oka. Można wprawdzie pocieszać się, że Hiszpania, Włochy i Portugalia – w końcu spore kraje europejskie – też zgodziły się na traktatową rezygnację z suwerenności, ale słaba to pociecha. Sprawy krajów Europy środkowo-wschodniej niewiele obchodzą Hiszpanię, Portugalię czy Włochy: te dwa pierwsze kraje mają swe gospodarki powiązane od wieków bardziej z Ameryką Południową, niż z naszą częścią Europy, a Włochy, podobnie jak Francja, zainteresowane są bardziej basenem Morza śródziemnego, niż Europą środkowo-wschodnią. No i to jeszcze – last but not least – że do Hiszpanii, Portugalii czy Włoch nikt nie zgłasza żadnych pretensji materialno-odszkodowawczych, a wobec Polski – przynajmniej dwie niebagatelne siły polityczne: niemieccy przesiedleńcy i żydowskie organizacje amerykańskie. Czy jest rzeczą rozsądną rezygnować w takich okolicznościach z uznawanej dotąd na gruncie prawa międzynarodowego suwerenności, przyjmując jej traktatowe ograniczenie? Gdy – w dodatku – dzisiejsze strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie jest wyraźną, historyczną kontynuacją ich długiej, wspólnej polityki w Europie środkowo-wschodniej?
   Tymczasem Rosja wystąpiła na początku lutego (na monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa) z propozycją zawarcia nowego układu o bezpieczeństwie europejskim. Propozycja ta sprowadza się do tego, by państwa Unii Europejskiej podzielić na „stare” i „nowe”: granica podziału miałby być rok 1997.Polska znalazłaby się wśród tych „nowych”. Te „stare” miałyby cieszyć się „pełnym bezpieczeństwem”, gwarantowanym przez Brukselę (czytaj: Berlin) i Moskwę – a te „nowe”... Czym byłyby w takim razie te „nowe” – jeśli nie strefą buforową, w której wszystko jest jeszcze możliwe, w zależności od dalszego rozwoju stosunków niemiecko-rosyjskich?
   -Sądząc na podstawie znanych dokumentów, według Rosji ta „stara  Unia Europejska” ma mieć pełne prawa, a ta „nowa” – tylko ograniczone, co zapisane byłoby w nowym traktacie – tak na łamach „Rzeczpospolitej” skomentował konferencję monachijską jej polski uczestnik, b.minister spraw zagranicznych, Adam Rotfeld.
   Tymczasem PiS proponuje PO wspólny „konwent dwóch największych partii”, by ustalić rychłe zmiany w polskiej Konstytucji. Szefowa klubu poselskiego PiS powiada: „Połowa aktów prawnych w Polsce to akty europejskie i musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, jakie są relacje między tymi systemami, wprowadzić to do Konstytucji. Niemcy już odpowiedziały na to pytanie, że ich prawo jest nadrzędne nad unijnym”.
    Odnosi się przykre wrażenie, że szefowa kluby poselskiego PiS nie wie, o czym mówi. Po pierwsze: nie połowa, ale już ok.80 procent prawa w Polsce to „akty unijne”! Po wtóre:  właśnie ratyfikując Traktat Lizboński, przy aprobacie prezydenta Lecha Kaczyńskiego i PiS, Polska już „odpowiedziała sobie na to pytanie”, całkowicie inaczej, niż Niemcy, które swą suwerenność sobie zastrzegły tuż przed ratyfikacją Traktatu Lizbońskiego! W sprawie bezwarunkowej ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego PO i PiS były wyjątkowo zgodne i nic tej prawdy nie przesłoni. Wprawdzie PiS domagało się referendum i wcześniejszej „ustawy kompetencyjnej”, ale nie stawiało ani tego referendum, ani tej ustawy kompetencyjnej jako warunku swego poparcia dla Traktatu Lizbońskiego. Jakie więc naprawdę zmiany w Konstytucji ugadać chcą pod tym pretekstem PO i PiS?... Po co stawiana jest ta zasłona dymna?
   Pod propagandową powierzchnią europejskiego, demokratycznego „kochajmy się” nabrzmiewają, jak widać, podskórne trendy dość starej daty. Polityczna sytuacja słabych państw Europy środkowej, na ich wyboistej drodze niedokończonych i wątpliwych transformacji ustrojowych, ulega wyraźnemu pogorszeniu, a rezygnacja w Traktacie Lizbońskim z suwerenności państwowej pozbawia je ostatniej broni państw słabych:  potwierdzenia ich niezawisłości na gruncie prawa międzynarodowego. Odkąd PiS zrezygnowało (po upadku rządu Jarosława Kaczyńskiego) z rozbicia „starego układu” (układu okrągłostołowego) różnice między PiS a PO, dwiema największymi partiami, stają się coraz bardziej pozorne, a słowa posła Mężydło, który – przechodząc z PiS do PO powiedział, że „nie musiał przy tym zmieniać poglądów politycznych” – nabierają treści i wymowy.
   Słychać nawet radykalne opinie, że pod rządami Traktatu Lizbońskiego kończy się polityka polska, dla której szanse stworzył rozpad Związku Sowieckiego, a zaczyna się już tylko zarządzanie krajem przez tubylczą administrację, aprobowaną każdorazowo przez „Brukselę”, a konkretnie: przez Berlin w porozumieniu z Moskwą. Si non e vero... Radykalizm opinii niekiedy nie mija się z prawdą.

                                                              Marian Miszalski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »