Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

niedziela, 16 grudnia 2018 r.
Strona główna
Gdy już ryba połknęła PDF Drukuj Email
15.03.2010.

 

                        Gdy już ryba połknęła haczyk...

 („Niedziela”, 15 marca 2010) Gdy przed siedmioma laty Polska przystępowała do Unii Europejskiej – stręczyciele tego politycznego projektu szermowali głównie argumentem o „wyrównaniu poziomów”: członkostwo w Unii Europejskiej miało mianowicie gwarantować wyrównywanie różnic cywilizacyjnych między krajami Europy Zachodniej a przyjmowanymi krajami Europu środkowo-wschodniej. Zwolennicy rozszerzania UE po obydwu stronach mieli wówczas usta pełne frazesów o „solidarności europejskiej”, w imię której właśnie miałoby się dokonywać owo wyrównywanie. Sceptycy natomiast podkreślali, że dla realizowania europejskiej solidarności wcale nie jest potrzebna ponadnarodowa struktura unijna, najpierw ograniczająca a potem likwidująca suwerenność słabszych państw europejskich, że – przeciwnie – taka struktura krępująca państwa słabsze może uczynić z nich w przyszłości tylko bezwolny przedmiot polityki państw silnych. Jeden z głównych orędowników akcesu do UE, Andrzej Olechowski (zarejestrowany jako TW „Must” - dziś jeden z kandydatów na prezydenta) posunął się nawet tak daleko w prounijnej demagogii że aż twierdził, iż „lepiej jest o sobie współdecydować niż decydować”. O tym „wyrównywaniu szans” interesująco wypowiedział się w tamtych latach niemiecki kanclerz Schroeder, jeden z głównych architektów strategicznego, ponadunijnego partnerstwa niemiecko-rosyjskiego. Pytany przez niemieckich dziennikarzy, czy – jego zdaniem – Niemcy udźwigną ciężar finansowy tego „wyrównywania szans” krajów biednych odparł, że nie wszystko, co się obiecuje, bywa realizowane. Zrodziło to podejrzenia, że początkowa pomoc finansowa UE dla nowych członków ma jedynie charakter przynęty, po której połknięciu kraje te sprowadzone zostaną powoli do roli, jaką naprawdę wyznaczają im potentaci UE: zaplecza surowcowego i siły roboczej. Praktyczna likwidacja przemysłu ciężkiego, która nastąpiła w Polsce w ostatnich latach, zdaje się potwierdzać te podejrzenia sceptyków... Stocznie niemieckie na przykład i holenderskie uzyskały „dotacje unijne”, ale stocznie polskie – już nie.

 Co więcej - na niedawnej, lutowej konferencji monachijskiej nt. stosunków UE z Rosją powróciła koncepcja podwójnych standardów bezpieczeństwa: innych, wyższych, dla bogatych krajów UE, a innych, niższych, dla nowych członków z obszaru Europy środkowo-wschodniej. Zrodziło to z kolei uzasadnione pytanie: czy w takim razie te drugie kraje nie są w zamyśle tych pierwszych traktowane jako strefa buforowa i ewentualny przedmiot politycznych transakcji w przyszłości?...

 A tu z początkiem marca „Rzeczpospolita” dotarła do projektu unijnej strategii gospodarczej na najbliższe 10 lat. Z dokumentu wynika, że o żadnym „wyrównywaniu poziomów” mowy już nie ma, że jest to strategia obliczona wyłącznie na korzyści dla najsilniejszych państw Unii Europejskiej, że mniej  będzie pieniędzy na rolnictwo, że podtrzymany zostanie szantaż bogatych państw wobec biednych w postaci przymusowej „redukcji emisji dwutlenku węgla” i przymusowego „ograniczenia zużycia energii”, co spowoduje znaczny wzrost cen energii w krajach biedniejszych i przełoży się na poziom cen innych towarów i usług. Ta strategia zapowiada pogłębianie się różnic – zamiast ich „wyrównywania”, i to w gorszych warunkach możliwej, politycznej obrony przez kraje biedniejsze, bo już w twardym gorsecie przepisów Traktatu Lizbońskiego. Nie brak opinii, że Traktat Lizboński likwiduje możliwości prowadzenia samodzielnej polityki przez słabsze kraje unijne, sprowadzając ich „politykę” już tylko do administrowania tubylczym terytorium i tubylczą ludnością w imieniu „Brukseli”, czyli Francji, Niemiec i ich strategicznego, ponadunijnego partnera – Rosji.

 Polski komisarz zgłosił poważne zastrzeżenia wobec tej strategii, a wsparcie „okazali mu” (jak enigmatycznie piszą media) tylko komisarze z Bułgarii, Węgier i Rumunii, ale pozostali komisarze żadnego wsparcia mu nie „okazali”, przeciwnie, wsparli tę strategię.

 Czy nie lepiej jednak decydować o sobie, niż współdecydować?...

 Wszystko wskazuje, że gdy już połknięta została przez nowych członków UE przynęta w postaci obiecywanych wielkich pieniędzy na „wyrównywanie szans” – zaczyna się „wielki połów” i wyciąganie ryby z wody (płytkiej, bo płytkiej, ale jednak) - na piach. Nawiasem mówiąc – z tych „wielkich pieniędzy” brukselskich (miało być 270 miliardów w przeliczeniu na złote) w latach 2007-2012 – dostaliśmy dotąd niespełna...18 miliardów, a niektórzy – co „mniej poprawni polityczne” ekonomiści wyliczają, że w tym czasie więcej szmalu popłynęło z Polski do UE. Otóż to! Już niemiecki kanclerz Schroeder kilka lat temu uspakajał niemieckich dziennikarzy, że przydzielenie „środków pomocowych” dla nowych członków UE można tak obwarować różnymi „warunkami”, że nie będą w stanie ich spełnić... Gdzie ucha nie przyłożyć słychać na przykład, że nie tylko państwo polskie ale i samorządy w Polsce zadłużają się na potęgę tylko po to, żeby „wnieść wkład własny”, wymagany dla uzyskania „unijnych środków pomocowych”! To całkiem tak, jakby spłacać kredyt z zaciąganych nowych kredytów – aż wierzyciele przejmą w końcu zadłużony majątek...

                                                                   Marian Miszalski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »