Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

wtorek, 23 października 2018 r.
Strona główna
Styka i Friszke PDF Drukuj Email
01.04.2010.

                                           Styka i Friszke

   -Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze! – upomniał podobno Pan Bóg malarza Stykę, co starsi ludzie jeszcze pamiętają...
   Andrzej Friszke w swej opasłej i nudnej książce „Anatomia buntu” nie opisuje wprawdzie Pana Boga, ale zaledwie Kuronia, Modzelewskiego i „marcowych komandosów”, ale za opisuje ich już nie tyle klęcząc, co leżąc płasko krzyżem, a pozycja taka nie sprzyja dobrej perspektywie historycznej. Nawet hagiografia pisana w tej pozycji może przemieniać się w trywialne bałwochwalstwo.
   Hagiograficzna, opasła książka Andrzeja Friszke (prawie tysiąc stron!) przypomina mi nie tylko dialog Pana Boga z malarzem Styką, ale i pewnego malarza współczesnego, co to maluje na swych kolejnych obrazach kolejne liczby naturalne, i dochodzi już podobno do miliona...Problem z tym malarstwem polega na tym, że postępowi cmokierzy obcmokują te obrazy, ale nikt ich do domu, dla siebie, nie kupuje: najwyżej za pieniądze podatnika kupują je państwowe galerie, zarządzane przez koterie politycznie poprawnych urzędników od kultury, a potem prowadza się do tych galerii dziatwę szkolną w ramach „edukacji plastycznej”, wypaczając jej już od maleńkości smak i poczucie estetyki. Jest to jedna z form współczesnej indoktrynacji młodzieży na poziomie szkolnym.
   Chyba z podobną intencją napisana jest wspomniana książka: dlatego nie kupiłem jej, żeby mieć w podręcznej domowej bibliotece, ale po przeczytaniu odniosłem zaprzyjaźnionemu księgarzowi, który bardzo uprzejmie udostępnia mi książki do przeczytania i do namysłu: kupić, czy oddać.
   Jak na tak grubą pozycję historyczna razi miałkość poruszanego tematu. Młode „bermanięta” i „fejginięta”, niedokształcone, o ciasnych, sekciarskich umysłach, dobijające się o swoje korytko przy władzy i toczące iście orwellowskie spory o „prawdziwy socjalizm”... – oczywiście, można to by opisać jeszcze bardziej szczegółowo, drobiazgowo,  przytaczając jeszcze więcej trzecio i czwartorzędnych detali „historycznych” (co kto o kim powiedział, a co tamten odpowiedział), ale jałowość takich zabiegów prowadzi na manowce: gdybyż chociaż te dialogi, opowieści, rozmowy były wartościowe poznawczo, albo przynajmniej zabawne – ale nawet i to nie. Toutes proportions gardees – jakby kto zebranie POP PZPR opisywał na tysiącu stron... Książce brakuje też należytej perspektywy – na co zwrócił uwagę Piotr Semka w „Rzeczpospolitej” – ale trudno o perspektywę, gdy pisze się leżąc.
   Przy lekturze tej hagiografii czerwonych bożyszczy najbardziej ubawił mnie fakt, że autor nie przytacza całego tekstu listu Kuronia i Modzelewskiego do POP i ZMS Uniwersytetu Warszawskiego - chociaż był to decydujący moment w „męczeńskiej” karierze obydwóch – a tylko poprzestaje na skromniutkich fragmentach. Czy aby nie dlatego, że zacytowanie tego listu w całości kompromitowałoby jego autorów, prezentując ich jako intelektualne zera, a ich „słynny” list – jako bełkot i politgramotę? Owszem, atakującą ówczesną komunistyczną politgramotę oficjalną, nie mniej jednakz pozycji równie, a nawet jeszcze bardziej radykalnej politgramoty?...
   Jest literatura „odkrywcza” (Cenckiewicz, Gontarczyk, Zyzak i inni), jest  i literatura „przykrywkowa”, używając języka służb. Obawiam się, że teraz, gdy Instytutowi Pamięci Narodowej PO w braterskim sojuszu ideowym z SLD wybiła zęby, przybywać będzie literatury „przykrywkowej”, a ubywać tej odkrywczej. Książka Anny Sobór- Świderskiej o Bermanie, książka Domosławskiego o Kapuścińskim, teraz Friszke... – ich wspólnym mianownikiem zdaje się być: jak tu sprzedać trochę więcej prawdy, ale, broń Boże, nie za dużo...
   Może jednak się mylę? Jak tu „dziatwie szkolnej” pokazywać od razu akty, nagą prawdę?... No ale dorosłych książki takie usatysfakcjonować nie mogą, może co najwyżej Michnika i jego „drużynę” nowego czerwonego „harcerstwa”, już nie „walterowców”, rzecz jasna, ale – kiszczakowców?
    Książkę wydał „Znak”. To też swoisty „znak czasów”.

                                                             Marian Miszalski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »