Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

Odwiedza stronę 1 gość
sobota, 18 sierpnia 2018 r.
Strona główna
Zamiast w Moskwie PDF Drukuj Email
09.04.2010.

                    Zamiast w Moskwie – wielki jubel w Warszawie?

              *„Duszeńka” też poleci? * Co tu świętować... *Nasza propozycja:18 maja!

               * Wspomnienie o Arystydesie Briandzie * Dyskretny urok niemożliwej repety                 

   („Najwyższy Czas”, 7 kwietnia 2010) Pan prezydent Lech Kaczyński długo wahał się, czy udać się w maju do Moskwy na kolejną rocznicę zakończenia II wojny światowej, na którą chytrzy ruscy szachiści zaprosili też swą „duszeńkę”, gen.Jaruzelskiego. Stanęło na razie na tym, że prezydent Kaczyński poleci i gotów jest „Wolskiego” zabrać do  samolotu pośród innych kombatantów. Czy to z miłości bliźniego, czy dla pozyskania głosów b.komunistów w wyborach prezydenckich – trudno dociec. Byle tylko nie powrócił jak Bierut: bo chociaż nie jest takim „skarbem narodowym” jakim zmarły gwałtownie „drogi Bronisław” był dla czeskiej Żydówki, Magdaleny Albright, to przecież jest prawdziwą skarbnicą wiedzy, i gdyby tylko zechciał mówić... Ho,ho! No,no! Na przykład o aferze „Żelazo”, i dlaczego nie złożył doniesienia do prokuratury... Albo: jak to było z obalaniem Gierka i strajkiem w stoczni gdańskiej...

 Po co w ogóle prezydent Kaczyński leci do Moskwy na te uroczystość?

 II wojna światowa nie przyniosła nam wolności politycznej – okupację niemiecką zastąpiła sowiecka, poprzedzona jałtańską zdradą Polski przez zachodnich aliantów. Do dzisiaj władze „nowej Rosji” nie uznały ludobójstwa dokonanego na Polakach, ani nie zapłaciły żadnych odszkodowań za pracę niewolniczą w łagrach, za przymusową „paszportyzację”, za grabieże mienia obywateli polskich dokonane w latach 1939-45...

 Na dobrą sprawę powiedzieć można, że II wojna światowa jeszcze się dla nas nie skończyła: kolaborantów pojałtańskich nie osądzono...komunistycznych zbrodniarzy – ledwo kilku i to wyjątkowo łagodnie, wpływów komunistycznych WSI na nasze dzisiejsze życie do dziś nie zneutralizowano...Ba! Nawet stanu wojennego nie uznano za bezprawny...

 Z czego się więc cieszyć, co właściwie świętować? Czy 9 maja to nie jest raczej data dla nas żałobna? Po co udawać jednego ze zwycięzców – gdy jest się raczej jednym z pokonanych?...

 Gdyby jeszcze prezydent Kaczyński zamierzał wszystko to przypomnieć w Moskwie, domagając się dla b.demoludów jakiejś polityczno-gospodarczej rekompensaty za powojenna, 45- letnią niewolę – niechby i leciał do tej Moskwy, nawet z Jaruzelskim. Ale nie zanosi się na o, by prezydent Kaczyński zechciał tam poruszyć te tematy, choćby w skromnych ramach polityki historycznej... Po cóż więc się tam wybiera?

 Tym bardziej, że podpisał Traktat Lizboński, wbrew zapisowi konstytucyjnemu, zobowiązującemu prezydenta do „strzeżenia suwerenności państwa polskiego”... W tej smutnej sytuacji jest inna majowa data, z której pan prezydent mógłby uczynić kontr-święto, i to nie w Moskwie, ale w Warszawie. Ma się rozumieć, nie mam na myśli ani 3 Maja (bo Konstytucja majowa wzmacniała władzę wykonawczą, ograniczając szlachtę-gołotę w prawach wyborczych, tę szlachtę-gołotę, która przyrównać dziś można do klienteli partyjnych), ani 12 maja (bo przewrót majowy Piłsudskiego też wzmacniał władzę wykonawczą, ograniczając sejmokractwo i partyjnictwo). Zgodnie z ratyfikowanym przez Sejm (z pominięciem referendum ogólnonarodowego) i podpisanym przez prezydenta Traktatem Lizbońskim – pałac prezydencki powinien zorganizować wielką, międzynarodową uroczystość 18 maja. Powinien zaprosić na tę uroczystość wszystkie głowy państw z Europy i całego świata, przebijając i przyćmiewając uroczystości moskiewskie!
Bo właśnie 80 lat temu, 30 maja 1930 roku ambasador francuski w Warszawie, monsieur Laroche złożył rządowi polskiemu i innym rządom europejskim memorandum Francji w sprawie utworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. Memorandum to, autorstwa 11-krotnego premiera Francji, laureata Pokojowej Nagrody Nobla, socjalisty Arystydesa Brianda rzucało myśl przekształcenia ustroju Europy i stworzenia z wszystkich państw europejskich unii federalnej.
   Czyż nie jest to więc znakomita data na prawdziwie europejskie igrzyska, na międzynarodowe dziś święto zwycięstwa?...
   Żaden tam Schumann, żaden Gasperi – jak uważają niektórzy naiwni katolicy - ale socjalista Arystydes Briand był pierwszy, wsławiony – nawiasem mówiąc – walką o „rozdział Kościoła od państwa” i walką z katolickim szkolnictwem we Francji... Arystydes Briand tak uzasadniał swą propozycje powołania nowego, federalnego państwa, Stanów Zjednoczonych Europy: „Stan faktyczny świata pokazuje, że tylko państwa związkowe (USA, Szwajcaria) żyją w wewnętrznym pokoju bez natężenia militarnego i obawy wojny”.
   Oczywiście – kwestię kto tak naprawdę rządziłby tymi „Stanami Zjednoczonymi Europy” Briand równie taktownie co zapobiegliwie pomijał, całkiem jak ich dzisiejsi realizatorzy jego koncepcji.
   O tym Arystydesie Briandzie, 11-krotnym aż premierze Francji parlamentarnej, której arcydemokratyczny parlament poddał się Hitlerowi w 9 lat później i arcydemokratycznie powołał kolaborancki rząd – powiedział po jego śmierci w 1932 roku pewien fryzjer paryski do Cata-Mackiewicza: „Tak, tak, nakradł się i umarł”... A wybitny pisarz francuski, Leona Daudet, nie inaczej nazywał publicznie Brianda, jak „ten sutener”.
    Ale kto by tam w demokracji zważał na słowa jakiegoś bezimiennego fryzjera albo wybitnego pisarza...
   Jednak dziś widzimy już lepiej, kto jest prawdziwym kierownikiem „Zjednoczonych Stanów Europy” i na jak wielkim łupiestwie podatnika oparta jest ta briandowska idea „pokoju bez natężenia militarnego i obawy wojny”. Czy jednak, żeby się nie natężać militarnie i żyć w błogim poczuciu pokoju wiecznego, trzeba aż pozwalać okradać się nowym okupantom, i to w kolejnych pokoleniach?
   Prawdziwy autor Stanów Zjednoczonych Europy, socjalista i zajadły „antyklerykał”, Arystydes Briand był także twórcą paktu w Locarno. Ten antypolski pakt – przypomnijmy – był ze strony francuskiej próbą dogadania się z Niemcami kosztem Polski, jej bezpieczeństwa i terytorium... To całkiem tak, jak dzisiejsza Unia Europejska w tym aspekcie, bo jakże by inaczej?...
   Briand za młodu, u progów kariery, związał się ze starszą kobietą, był obity przez jej męża i miał proces o obrazę moralności; dama ta potem rzuciła Brianda i  zadawała się z półświatkiem, miewając po kilku kochanków-apaszów na raz i nękając co rusz Brianda, już polityka, prośbami o pomoc dla swych kochanków, którzy wchodzili w konflikty z prawem.
   Jedną z ostatnich towarzyszek życia Brianda była Luiza Weiss, działaczka feministyczna, walcząca o „prawa kobiet”. Jeszcze nie chodziło jej wtedy o „małżeństwa” lesbijek  – to przychodzi dopiero teraz, na nowym etapie budowy socjalistycznych „Stanów Zjednoczonych Europy” w postaci Unii Europejskiej.
   ...Więc 18 maja – w Warszawie!
   Rzecz jasna, najlepiej, gdyby prezydent Kaczyński zarepetował nam „12 maja”, ale wygląda na to, że już prędzej to generał Jaruzelski mógłby nam zarepetować „13 grudnia”.

                                                                Marian Miszalski

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »