Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

wtorek, 23 października 2018 r.
Strona główna
Uff, jak gorąco! PDF Drukuj Email
02.06.2010.

                              Uff, jak gorąco!

 *Czy tylko „ple-ple”? * Sumienie zwykłe – a sumienie demokratyczne...

  *Blady strach fałszywych autorytetów *Co to znaczy: „mieszać się”?

   („Najwyższy Czas”, 2 czerwca 2010) Czytam w „Rzepie” wypowiedź ks.Kazimierza Sowy: „Każdy ksiądz ma prawo i obowiązek wyrazić poparcie w dniu wyborów, wrzucając kartkę do urny. Ale pojawienie się księdza w komitecie  wyborczym jest odbierane jako utożsamianie Kościoła z jednym środowiskiem politycznym”.
   A to ci dopiero pokrętny wywód... Groch z kapustą, czy polityczna poprawność z brakiem logiki? Czy nieprzemyślane ple-ple, co byłoby tłumaczeniem najuprzejmiejszym?
   Po pierwsze: póki co „wrzucenie kartki do urny” nie jest „prawem i obowiązkiem”, ale tylko prawem. Nie ma w Polsce prawnego obowiązku uczestnictwa w wyborach. Można co prawda, pod wieloma jednak poważnymi zastrzeżeniami, mówić o „moralnym obowiązku” głosowania obywatela w „państwie demokratycznym”,  – ale co z tym „moralnym obowiązkiem”, gdy obywatel nie widzi żadnej partii (czy kandydata), na którego chciałby zagłosować zgodnie ze swym sumieniem?... W ramach „moralnego obowiązku demokratycznego” (co to za zwierzę?...) miałby gwałcić swe sumienie? Miałby wyrzekać się zwykłego sumienia dla jakiegoś „demokratycznego, moralnego sumienia politycznego”? Jak wyrzekano się kiedyś zwykłej sprawiedliwości dla „sprawiedliwości społecznej”?...
   Po wtóre: „pojawienie się księdza w komitecie wyborczym” nie jest – wbrew temu, co powiada ks.Sowa – „odbierane jako utożsamianie Kościoła z jednym środowiskiem politycznym”. Skąd też taka myśl przychodzi ks.Sowie do głowy? Jest odbierane tylko tak, że ów ksiądz – a nie Kościół - popiera w wyborach konkretną partię czy konkretnego kandydata. Przecież gdy ksiądz głosuje – i wrzuca do urny kartkę popierająca konkretną partię czy konkretnego kandydata – nikt przytomny nie utożsamia jego głosu z głosem „Kościoła”. Dlaczego więc obecność księdza w honorowym komitecie wyborczym miałaby być utożsamiana z „Kościołem” (którym jest ogół wiernych ze swym duchowieństwem)?  
   W sformułowaniu „jest odbierane” kryje się więc swoista manipulacja: i otóż ani akt głosowania poszczególnego księdza, ani jego udział w komitecie wyborczym nie jest odbierany jako „utożsamienie Kościoła z jednym środowiskiem”. To jakiś mit.
   W lokalnych środowiskach księża cieszą się na ogół autentycznym autorytetem. W przeciwieństwie do autorytetów „produkowanych” przez media, naszpikowane nie zlustrowanymi dziennikarzami  – nikt ni musi, dajmy na to, nazywać abp Michalika „drogim Józefem” ( jak przyboczna Clintona, Magdalena Albright, nadmuchiwała Geremka nazywając go „drogim Bronisławem”), albo, powiedzmy, odznaczać  ks. Waldemara Chrostowskiego „medalem Karola Wielkiego” (jak Angela Merkel nadmuchuje wątpliwy autorytet Tuska) – żeby obywatele rangę tych kapłanów dostrzegali, ich autorytet samodzielnie uznawali. I myślę, że właśnie polityczna poprawność (więc współczesny marksizm), czy to w wydaniu wyrachowanym, skalkulowanym politycznie czy –zwyczajnie – w wydaniu bezmyślnym, bezwiednym czy „niedomyślnym” (gapiowatość albo intelektualne lenistwo) sprawia, że odzywają się głosy przeciwne udziałowi kapłanów w komitetach wyborczych – chociaż zarazem całkowicie akceptujące ich udział w akcie wyborczym... I że głosy te uzasadniają swe stanowisko rzekomym społecznym „odbiorem” indywidualnego prawa obywatela-księdza do uczestnictwa w życiu politycznym, który to „odbiór”  rzekomo utożsamia polityczny akt poparcia  indywidualnego księdza dla określonego kandydata czy partii – z poparciem „Kościoła”

   Powtórzę raz jeszcze: nikt nie utożsamia wyborczej decyzji jakiegokolwiek kapłana ze stanowiskiem całego „Kościoła”. Nikt przytomny – i nikt „dobrej woli”.
   Przecież wiemy, dlaczego siły polityczne wyrosłe zgodnie spod okrągłego stołu boją się uczestnictwa księży w honorowych komitetach wyborczych... Nie będziemy tak obłudni by udawać, że nie wiemy... Platforma Obywatelska – jako dzisiejszy polityczny reprezentant i fagas tych ciemnych, bezpieczniackich sił – doskonale zdaje sobie sprawę, że w swych szeregach ma tyle autentycznych autorytetów, nie nadymanych przez nie zlustrowanych dziennikarzy na smyczy oficerów prowadzących – co kot nasikał, albo i jeszcze mniej. Toteż każde uczestnictwo autentycznego autorytetu: lokalnego, czy środowiskowego, parafialnego czy uniwersyteckiego, hierarchy czy zwykłego proboszcza w komitecie wyborczym kandydata (o dziwo, prawie nigdy należącego do PO!) budzi w tej formacji zwyczajny strach. Gadaniną o tym rzekomym „odbiorze”, co to niby utożsamia stanowisko poszczególnego księdza w wyborach z „Kościołem” – ci propagandyści Platformy Obywatelskiej chcą po prostu wykluczyć lub odstraszać duchowieństwo, mające prawdziwy autorytet społeczny, z jawnego udziału w wyborach. Pragnęliby najwyraźniej, by duchowni, owszem, głosowali, skoro już demokracja na to pozwala - ale żeby nie mówili nikomu, na kogo głosują i dlaczego go popierają.
   A przecież „w demokracji” obywatele powinni interesować się polityką, więc nie tylko głosować, ale i rozmawiać: dlaczego głosują tak, a nie inaczej, dlaczego głosują na tę partię czy na tego kandydata, a nie na innego, dlaczego są w komitecie poparcia tego, a nie innego kandydata. W takiej debacie liczą się szczególnie właśnie  opinie i argumenty prawdziwych, autentycznych autorytetów lokalnych i środowiskowych,  a nie powycinanych z „Gazety Wyborczej” czy z programów Lisa albo „Stokrotki”.
   Dziwne stwierdzenia ks.Sowy jak gdyby zmierzają do wykluczenia takich autentycznych autorytetów osób duchownych ze sfery publicznej, z uczestnictwa w demokratycznej debacie lub kampanii wyborczej... I czemu to?
   Bo wprawdzie słychać na lewicy gromiące głosy, że księża nie powinni „mieszać się do polityki”  - jednak odnajdujemy w nich raczej echo PRL-owskiego „księża do kruchty”, niż demokratycznego „rozdziału państwa od Kościoła”. Bo ten rozdział zakłada tylko tyle, że księża nie piastują stanowisk państwowych. Natomiast co oznacza właściwie pejoratywny, mętny zwrot „mieszać się”?

     Zastanawia mnie to niejasne, nieprecyzyjne słowo „mieszać się”, tak często używane w tym kontekście: bo czy udział w głosowaniu przez duchownego jest „mieszaniem się” w politykę? Jeśli nie jest – to chyba i publiczne ujawnienie i uzasadnienie swej wyborczej preferencji, jej obywatelskie poparcie w honorowym komitecie wyborczym też chyba nie jest nagannym „mieszaniem się” w politykę, ale właśnie jej poważnym traktowaniem przez sumiennego obywatela? Zwłaszcza, gdy inni obywatele liczą się z jego autentycznym autorytetem, więc z jego wiedzą, doświadczeniem i argumentami? Albo gdy (i tak bywa w rozwiniętych demokracjach...) sami nie wiedzą, na kogo głosować i pytają kogoś, do kogo mają zaufanie!... Czy lepiej, żeby wówczas pytali Michnika albo posłankę Senyszyn? Polańskiego albo Wajdę?... „Rycha”, „Zbycha” czy „Mira”?...
   Toteż odnoszę wrażenie, że podobne sugestie, to jakby sui generis ...też elementy kampanii wyborczej, tyle że po innej ulokowane stronie. Ano – jedni popierają tych, inni tamtych, jak to w demokracji...

                                                                   Marian Miszalski 

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »