Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

niedziela, 21 października 2018 r.
Strona główna
Siewcy plew na ugorze PDF Drukuj Email
02.10.2010.

                                Siewcy plew na ugorze

*Istambuł, gdzie Bosfor u stóp leży... *Pierw miłosierdzie, potem demokracja

 *Rosyjskie dożynki *Palikot długo nie pohasał *Następny, proszę, do golenia

                               

 „Istambuł, gdzie Bosfor u stóp leży, Istambuł, sto wieżyc w niebo mierzy tam...” – brzmiała jedna z egzotycznych piosenek z późnych lat 50-ych. Te piosenki były wtedy dla Polaków substytutem turystyki. Piosenką mogliśmy więc „odwiedzić” i ten Istambuł, i Indonezję („Ryżowe pola w wodzie mokną, bawoły groblą ciągną wóz...”), a nawet, o zgrozo, i Batistowską wtedy jeszcze Kubę („Kuba wyspa jak wulkan gorąca, o e-lla, e-i-jja!”). Nawet imperialistyczną, zimnowojenną Amerykę: „Gdy nad Nevadą słońce wschodzi w górze gwiżdże ptak...”
   Teraz podróżujemy po świecie masowo, z byle biurem turystycznym lub indywidualnie: może dlatego nie ma już miłych dla ucha, tęsknych piosenek o Istambule, o morzu, co to „w bryzgach fal pieści plaży brzeg” Sumatry albo Jawy, czy o Nevadzie, co to „w Ameryce najpiękniejszy stan”. Co do Castrowskiej dziś Kuby –  cóż: ani tam jeździć po co, ani o niej śpiewać. Najwyżej to, co u nas śpiewaliśmy w stanie wojennym: „Nie chcemy komuny, nie chcemy i już, nie chcemy ni sierpa, ni młota”...
   Wyleciałem do Stambułu akurat w apogeum walki władz Warszawy i Łodzi z „pudlarzami”: łapanki, konfiskata towaru, mandaty... Wszystko to, ma się rozumieć, w ramach „snu o europejskości”, śnionego przez naszych pazernych, zapyziałych biurokratów. Stambuł, chociaż jedną nogą w Azji, jest dziesięć razy bardziej „europejski” od Warszawy i Łodzi razem wziętych... I oto nie sposób nie zauważyć, że w tej potężnej, światowej metropolii krążą po ulicach dziesiątki tysięcy „pudlarzy”, a nawet nie „pudlarzy”, bo wielu z nich nie ma nawet tekturowego pudła, na którym rozstawiliby swą skromną ofertę: jakieś tandetne upominki, jakieś wypiekane na miejscu, na zardzewiałym rondlu przekąski, jakieś owoce, jakieś ryby, dopiero co złowione na wędkę i upichcone na podręcznym grillu...  – nie sposób nawet wymienić przebogatej oferty ulicznej tych tysięcy stambulskich „pudlarzy”. Widziałem nawet takich, którzy sprzedawali po ulicach „na filiżanki” roznoszoną herbatę.
   Zaraz więc zainteresowałem się, w jaki sposób władze tej światowej metropolii, Stambułu (przy którym Warszawa z Łodzią na kupę to zabita wiocha) walczą z tymi „pudlarzami”, jak liczna straż miejska i jak wysoko opłacana urządza na nich łapanki i konfiskuje im towar, wiele też muszą płacić  „placowego” od swego ulicznego handlu. 
Aliści kompetentny przedstawiciel lokalnego establishmentu powiedział mi mniej więcej tak:
   -„Proszę pana, ludzie którzy handlują po ulicach, których nie stać na własny sklep albo przynajmniej porządny kram, to ludzie biedni. Byłoby wielką niesprawiedliwością ścigać z nich jakiekolwiek opłaty, władza miejska bardzo cieszy się, że radzą sobie sami, świadcząc usługi handlowe dla tej biedniejszej części ludności naszej 12-milionowej aglomeracji. Nie widzimy też potrzeby kontroli sanitarnej świadczonych przez nich usług, na przykład gastronomicznych, bo najlepszą kontrolą jest to, czy mają nabywców, czy nie mają. A mają bardzo wielu... Poza tym nikt nie jest przecież zmuszany do korzystania z ich oferty, a zarazem przekonaliśmy się, że liczna konkurencja eliminuje ewentualnych oszustów. Dlatego nie ściągamy żadnych opłat ani podatków od handlu ulicznego, ani nie kontrolujemy jakości oferowanych przez nich usług i towarów”.  

   Już miałem na końcu języka pytanie, podyktowane chyba jakimś prymitywnym,  demokratycznym atawizmem: „A co na to inni kupcy, co z równością obywateli wobec prawa?” – ale ugryzłem się w język: w końcu, rzeczywiście - miłosierdzie ważniejsze niż jakaś tam demokratyczna równość kupców.
    Radnym prowincjonalnej Warszawy czy Łodzi przydałyby się może jakieś praktyki  u radnych tak wielkiej, światowej  aglomeracji, jaką jest Stambuł?
   Do kraju wróciłem pod koniec września, w porę dożynek. Pierwszą informacją, jaka mnie dopadła, była ta o przekazaniu przez stronę rosyjską ostatnich tomów śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej. Jako że tomy te więcej zamulają, niż wyjaśniają, pomyślałem sobie: „ Ach, więc to już po dożynkach... Po Dożynkach Watahy...” Czy Putin był Gospodarzem tych Dożynek? A Gospodynią – tercet Tusk, Komorowski, Sikorski ...

  Kolejną wiadomość, że w Rosji utajniono nawet  i tak już tajne postanowienie o umorzeniu śledztwa w sprawie ludobójstwa katyńskiego przyjąłem zatem z należytym zrozumieniem dla „demokratycznych przemian” u strategicznego partnera polityki niemieckiej. Jednak trochę dziwi milczenie powycinanych z gazety żydowskiej autorytetów, tych, co to rzuciły się na katastrofę smoleńską jak szakale na ścierwo domagając się „subito” pojednania polsko-rosyjskiego... Pośpiech, jak wiadomo, wskazany jest przy rozwolnieniu lub łapaniu pcheł, gdy tymczasem oni uwijali się, jakby te dwie przypadłości dotknęły ich jednocześnie. Może i tak: kto zbyt długo spożywa brudy, ten dostaje sraczki, a w długo nie przepieranych szatkach autorytetów zalęgają się insekty. A tu w dodatku premier Tusek (czy nie brzmi trafniej?...) puścił bąka o niewykluczonej w przyszłości koalicji z SLD. Niewykluczonej!... Przecież kalkulowanej od początku, n’est ce pas? Przecież właśnie dlatego po wygranych przez PiS wyborach parlamentarnych stare służby zabroniły Platformie koalicji z PiS-em... Ustalenia okrągłego stołu nadal obowiązują, jak widać, mimo 20 lat „demokratycznych przemian”. Dlatego słuszne byłoby przyznać się – mimo eurozadęcia - do wzorca północnokoreańskiego w naszej transformacji ustrojowej: tam wiadomo, że po Wielkim Wodzu władzę objąć ma Ukochany Przywódca, a na następcę Ukochanego Przywódcy szykowany jest już młody Utalentowany Towarzysz. W naszym polskim bałaganie politycznym doszło dwa razy do wypadków przy pracy, raz gdy przez niedopatrzenie „towarzyszy z osłony” ukonstytuował się rząd Jana Olszewskiego, drugi raz – gdy powstał rząd Jarosława Kaczyńskiego. Wiadomo: do trzech razy sztuka, więc gdy prezydentem został Lech Kaczyński, którego prezydenturę obalić było trudniej niż tamte dwa rządy – przydarzyła się „katastrofa smoleńska”, wieńcząca polityczne, Okrągłostołowe Żniwa A.D.1989 – Smoleńskimi Dożynkami A.D.2010.
   Pola więc uprzątnięte pod nowe zasiewy: pod nowe zasiewy starych siewców i, niestety, starym ziarnem. Słychać nawet, że będą siali plewą... Cóż, ba! Czym tu siać, gdy dług publiczny sięgnie wrychle biliona! W tak skomplikowanych „okolicznościach przyrody” pośród euro-siewców powstawać mogą napięcia, a nawet, powiedzmy wprost, zdarzać się chamskie mordobicie. „Poseł PO Janusz Palikot podpisał w 1982 roku zobowiązanie do zachowania w tajemnicy treści rozmów oraz kontaktów z SB” – informuje „Gazeta Polska”. Proszę, jakie to informacje zaczynają wyciekać ze spacyfikowanego przecież już IPN... „Myślał Jasiu, że pohasa – przytrzasnęli mu kutasa?”... Teraz oczekujemy z niecierpliwością, że w ramach swej śmiałej, politycznej konkiety i nietuzinkowości poseł Palikot ujawni nam te „treści rozmów” i te inne „kontakty”: Jazda, panie kolego, „młodzi, wykształceni z dużych miast” nie mogą się doczekać! Co tam epatować ich prezerwatywą: chcą zobaczyć te  kwity!...Chcą wiedzieć, jak się posuwa klienta kwitami...
   Wygląda na to, że poseł Palikot tak dalece wbił się w pychę, że zapomniał na śmierć (na śmierć polityczną) skąd wyrastają mu nogi. O czym zazdrośni i czujni koledzy z grona okrągłostołowych żniwiarzy i siewców plew właśnie mu przypomnieli.

   „Palikot zrobił swoje, Palikot może odejść”, wyciśnięty jak zgniła cytryna? Jak Lepper?... Palikot - subito finito? Chiba tak. Ale „następnych do golenia” nie zabraknie, już się pojawiają, więc na brak igrzysk nie będziemy narzekać.  Show must go – przynajmniej dopóki kręci się okrągły stół.

                                                        Marian Miszalski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »