Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

Odwiedza stronę 1 gość
niedziela, 24 czerwca 2018 r.
Strona główna
Same sukcesy: pora się obudzić? PDF Drukuj Email
01.01.2011.

                                                       Same sukcesy: pora się obudzić?

                             *Rodzina nie cieszy, gdy jest... *Ziemiaństwo polskie u Berlinga

                                  *Brutalne dmuchanie na zimne * Jesteśmy liderem NATO!

  („Najwyższy Czas”, 25 grudnia 2010) Rodzina, wiadomo: „nie cieszy, gdy jest, lecz kiedy jej ni ma samotnyś jak pies” – śpiewali starsi panowie w kabarecie. Publikacja „Gazety Polskiej” o rodzinie „pierwszej damy” z pewnością się nie ucieszyła „pierwszego obywatela”, zwłaszcza, iż dotąd twierdził, że rodzice żony pracowali w Ludowym Wojsku Polskim. Pojawiły się nawet głosy oburzone tą publikacją („O film, panie ministrze, obrazili się wachmistrze, o wiersz, panie generale, obrazili się kaprale”). Ale nieco wcześniej ukazała się książka Wiktora Świetlika - „Bronisław Komorowski. Pierwsza niezależna biografia”

(wydawnictwo The Facto”). Z lektury tej biografii wyłania się niebywale ciekawa i tajemnicza postać ojca „pierwszego obywatela”, znacznie chyba ciekawsza dla historyka, niż resortowa rodzina „pierwszej damy”, w końcu dość typowa, wręcz modelowa dla czasów intensywnego awansu społecznego w ramach UB.Z książki Świetlika dowiadujemy się, że tatuś „pierwszego obywatela”, niby szlachcic, a nawet „hrabia” (co jednak niektórzy historycy-heraldycy kwestionują) –  był w Armii Berlinga, gdzie dosłużył się  stopnia oficerskiego. Zdaje się, że niewielu było tam ziemiańskich synów, a jak już byli – to NKWD opiekowało się nimi szczególnie. Casus: „Wolski”... Czy tatuś znał generała Jaruzelskiego? - bo przecież berlingowcy znali się między sobą, to była część późniejszej PRL-owskiej elity. Z książki dowiadujemy się nadto, że tatuś „pierwszego obywatela” po wojnie używał fałszywego nazwiska. Dziwne: berlingowiec, używający już po wojnie fałszywego nazwiska? O którym NKWD musiało wiedzieć wszystko?... No i te częste zmiany miejsca zamieszkania: delegacje służbowe, czy jak?...  „Pierwszy obywatel” opowiada dzisiaj, jak to jego rodzina „z dystansem patrzyła na PRL”, ale z dokumentow IPN dowiadujemy się , że rodzona siostra „pierwszego obywatela” pracowała w Zarządzie Głównym Związku Socjalistycznej Młodzieży Polskiej, i to w Biurze Zagranicznym! Widocznie ten dystans nie był zbyt długi...  Też i tatuś „pierwszego obywatela” jakoś dziwnie dystansował się od PRL, jeśli  został publicystą PAX-owskich „Kierunków”... Poza tym -  „afrykanista”, który nigdy nie był w Afryce? A może był – lecz kiedy, jako kto?...   I nagle – bach: ambasador Polski w Rumunii w latach 1991-3. Czemu nie w Senegalu albo Gabonie?...

 Wydaje mi się, że dla biografów i historyków to bardzo ciekawa postać.

 Rzecz jasna – dzieci nie odpowiadają za biografie rodziców, braci i sióstr, ale gdy opowiadają o „dystansie” – to już odpowiadają, przynajmniej za prawdziwość tego, co mówią.

 Tak, tak, rodzina „nie cieszy, gdy jest” – wszakże „kiedy jej ni ma samotnyś jak pies”. Czy  tatuś-berlingowiec i teściowie z UB jakoś nie patronowali dyskretnie, via „środowisko”, karierze synusia-zięcia, zwłaszcza po „serdecznym porozumieniu” spod okrągłego stołu? Czemu Bronisława Komorowskiego internowano akurat w Jaworzu, w „złotej klatce Kiszczaka”, chociaż należał wówczas do drugiego, a może i trzeciego garnituru opozycji? Kto go tak ładnie rozprowadził? Jakie kwalifikacje miał młody historyk na  wiceministra obrony narodowej?

 Trudno nie zadać takich pytań, pochylając się nad biografią „pierwszego obywatela”, zwłaszcza po doświadczeniach z innymi „pierwszymi obywatelami”, „Bolkami” czy „Olkami”.

 Osobny wątek, to pieniądze ulokowane w „banku Palucha”. To chyba z tamtego okresu datują się dziwne związki Komorowskiego z WSI, zwieńczone jego głosowaniem, w 2006 roku, przeciw rozwiązaniu WSI? W ramach wdzięczności – czy, hm... - czegoś więcej?

 To śmiałe pytanie trzeba jednak stawiać, bo przecież i co do „Bolka” nikt nie przypuszczał początkowo, że może być aż tak źle, a i względem  „Olka” wątpliwości nie zostały rozwiane do dzisiaj. Lepiej może czasem brutalnie dmuchać na zimne, niż budzić się z ręką w nocniku. Przynajmniej tego uczą odkrywane co raz to nowe okoliczności naszej „transformacji ustrojowej”.

 Wprawdzie trudno sobie wyobrazić, żeby z „Aneksu do raportu o likwidacji WSI”  poznikały teraz jakieś zapisy na podobieństwo tajemniczego zniknięcia dokumentów z teczki, wypożyczonej kiedyś przez Wałęsę, ale z drugiej strony wszystko wskazuje, że „Aneks” ten pozostanie jedną z najbardziej strzeżonych kuchennych tajemnic III Rzeczpospolitej i „transformacji ustrojowej”, jak „szwajcarskie konta”, śmierć Jaroszewiczów, inwestycje forsy FOZZ itd.,etc.,itp.

 Miejmy nadzieję (acz bywa matką głupich), że najnowszy „pierwszy obywatel” nie okaże się za czas jakiś nowym „Bolkiem” czy „Olkiem”, i nawet jeśli jest już „wybitnym politykiem”, to z innych względów. Rzecz jasna - z powodu swych sukcesów.

 Właśnie Ekscelencja Lee Feinstein, amerykański ambasador w Warszawie, przekonuje nas na łamach „Rzeczpospolitej”, że wizyta Bronisława Komorowskiego w Waszyngtonie była „sukcesem”. Niestety, jego argumenty nie brzmią przekonywująco, wręcz odwrotnie proporcjonalnie do intencji, i chyba zwierzchniczka Ekscelencji, Clintonowa, zauważy tę propagandową fuszerkę. Feinstein pisze,  że wizyta Komorowskiego  „dodała relacjom polsko-amerykańskim nowej mocy i energii”, a nawet, że Polska „odgrywa ważną rolę –  lidera NATO”!  Zbytek łaski, Ekscelencjo: nawet w pochlebstwach warto zachować umiar, żeby nie wypadły na kpinę w żywe oczy... Ale nie tylko amerykańska administracja chwali naszą politykę. Rosyjska prasa nader kontenta z polskiej wizyty prezydenta Miedwiediewa, a i napaści prasy niemieckiej na politykę  polską ucięły się wreszcie.

 Podobno gdy na przyjęciu trzy osoby mówią ci, żebyś już nie pił, warto się przespać. W polityce chyba odwrotnie: gdy cię upajają – warto się przebudzić.

                                                                    Marian Miszalski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »