Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

Odwiedza stronę 2 gości
piątek, 19 października 2018 r.
Strona główna
Wyszło za dobrze -czy tak miało być? PDF Drukuj Email
21.01.2011.

                          

                                             Wyszło za dobrze – czy tak miało być?

                                               („Najwyższy Czas”, 19 stycznia 2010)

   Po opublikowanym raporcie MAK (noszącym wszelkie znamiona politgramoty), w sprawie katastrofy smoleńskiej pozostały tylko dwie  poważne hipotezy.

 Pierwsza to ta, nazwana  przez red.Stanisława Michalkiewicza „na roboczo”, zaraz po katastrofie: „Wyszło za dobrze”. Zarówno Tuskowi i jego ekipie, jak Putinowi było na rękę rozbicie uroczystości smoleńskich na dwie osobne uroczystości: na spotkanie Tusk-Putin w Katyniu (podnoszące rangę Tuska i uwiarygodniające Putina jako orędownika zbliżenia z Polską) i na osobną, „jątrzącą” wizytę prezydenta Kaczyńskiego w Katyniu, bez udziału znaczących przedstawicieli władz rosyjskich, która powinna zostać skompromitowana: na przykład skierowaniem samolotu na inne lotnisko, żeby przejazd autokarami zabrał kilka godzin a w Polskę poszedł komunikat z usłużnych „mediów”, że nieudacznik Kaczyński spóźnił się nawet na tak ważne uroczystości. I rzeczywiście – analizując sposób przygotowania tej wizyty przez rząd Tuska i jego ministrów, Klicha i Sikorskiego, trudno widzieć te sprawę inaczej: jakaś potworna, partyjna prywata wzięła górę. Ale nie doszło do kompromitacji „wizyty”; przedobrzyli - doszło do katastrofy: „wyszło za dobrze”. Wydaje się jednak, że poważniejsza na dzisiaj jest inna hipoteza: „tak miało być”.

 Bo wiele wskazuje, że ruscy szachiści przechytrzyli i ograli cwaniactwo Tuska. Tuskowy pomysł „kompromitacji” wykorzystali „po swojemu”.

 Tusk prawdopodobnie spodziewał się, że Rosjanie trafnie i pomocnie odczytają  jego intencję  - skompromitowania prezydenckiej wizyty - i pójdą mu na rękę: coś tam wymyślą, żeby prezydencki tupolew nie wylądował w oznaczonym czasie na oznaczonym miejscu, tylko 300 czy 500 kilometrów dalej, w Witebsku albo gdzie indziej. Przyjazd prezydenckiej ekipy do Katynia nastąpiłby dopiero pod wieczór... Cóż za kompromitacja! Można wyobrazić sobie te wszystkie komentarze w TVN , w „Wyborczej” i gdzie nie splunąć, albo czym by się nie podetrzeć.

 Rzecz jasna Tusk mógłby wówczas zwalić winę na Rosjan, mówiąc elegancko: To przecież obsługa lotniska i sami piloci uznali lądowanie za zbyt niebezpieczne. Co ja mam z tym wspólnego?...

 Czy aby „ruscy szachiści” nie pomyśleli jednak o dwa ruchy dalej, niż Tusk? (A jeszcze gdyby Tusk popełnił tę nieostrożność, że poprosił wcześniej Putina w osobistej rozmowie - tam, w Katyniu, gdzie rozmawiali w cztery oczy na spacerze - o „skompromitowanie wizyty Kaczyńskiego”, byłby już całkowicie w rękach Putina. Ale nie zakładajmy  takiej politycznej potworności i głupoty, chociaż z góry wykluczyć jej nie można...).

  Z chwilą rozdzielenia uroczystości katyńskich na dwie odsłony - rosyjskie służby (przecież potężnie rozbudowane, monitorujące i analizujące z pewnością dokładniej sytuację w Polsce, niż polskie służby monitorują i analizują sytuację w Rosji)  dostały  podany na tacy przez Tuska prezent. Jakże tu nie wykorzystać nadarzającej się sytuacji dla znacznie ważniejszego celu, niż jakaś tam „kompromitacja” Kaczyńskiego: nadarzała się świetna okazja, by zlikwidować cały „ośrodek prezydencki”, brużdżący przecież nie tylko polityce Putina, rosyjskim wpływom w Polsce, ale niepokojący i strategicznego partnera w Berlinie. Ba – nawet i amerykańska administracja nie poczułaby zapewne specjalnego żalu, bo przecież najpierw podpuściła Lecha Kaczyńskiego ( i nie tylko) do „aktywnej polityki wschodniej”, a potem pozostawiła nas na lodzie, bez tarczy, za to z obowiązkiem wizowym. Mógł więc Putin i jego analitycy ze służb mieć uzasadnione przekonanie, że od strony „świata” wielkiego krzyku żałości nie będzie. I rzeczywiście – nie było...

 Mogli też analitycy z rosyjskich służb liczyć na owocną współpracę z  rządem Tuska po ewentualnej „katastrofie”: kto chciał skompromitować wizytę Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku  - nie będzie przecież potem posądzał Rosjan o zamach. Będzie raczej próbował zamulać całą sprawę, rozwadniać ją, przewlekać, wdawać się w prawnicze przepychanki, obrabiać propagandowo w najkorzystniejszym dla siebie kierunku... To potrwa długie lata.

 MAK puścił w świat przesłanie, całkiem zgodne z pierwszą rosyjską wersją polityczną, sformułowaną tuż po „katastrofie”: lot nie był należycie przygotowany, załoga kiepsko wyszkolona, piloci poddani stresującej presji,  i tylko dodał od siebie „ciekawostkę”: że dowódca sił lotniczych miał 0,6 promila alkoholu we krwi. Po raporcie MAK, w świetle konwencji chicagowskiej, strona polska nie ma już żadnych szans na zmianę jego treści. ( Zarówno premier Tusk jak minister Sikorski oszukują opinie publiczną twierdząc - w programie TVN - że dwa artykuły tej konwencji to umożliwiają. Wspomniane artykuły - 84 i 85- powiadają tylko, że ewentualne różnice zdań między państwami w sprawie interpretacji zapisów samej konwencji mogą być poddane pod międzynarodowy arbitraż. Ale MAK nie jest „państwem”, nadto nie wchodzi w grę spór o „interpretację zapisów konwencji”, ale o ustalenia MAK-u).

 Ale akurat to, czego w raporcie MAK nie ma, świadczy za hipotezą o rosyjskim zamachu: kto kierował aż z Moskwy kontrolerami na wieży w Smoleńsku i jak nimi kierował? Co robił „pułkownik z Tweru” na wieży kontrolnej? Zapis słów rosyjskiego kontrolera, komentującego odebraną z Moskwy dyrektywę brzmi: „No tak, powiedzieli, cholera, sprowadzać, na razie”. Z Moskwy zatem kazali (konkretnie- kto?!) do ostatniej chwili sprowadzać tupolewa na ziemię – mimo złych warunków atmosferycznych. Więc to dlatego „do ostatniej chwili piloci słyszeli z wieży: „Jesteście na kursie i na ścieżce” – chociaż nie byli, a komendę „Horyzont” usłyszeli z tejże wieży „dopiero na wysokości 10 metrów, gdy poderwanie maszyny było już niemożliwe” – jak wyjaśnił ekspert Edmund Klich.

 Najpoważniejsza więc na dzisiaj hipoteza – to hipoteza o zamachu spreparowanym przez służby rosyjskie. Ekipa Tuska wpadła we własne sidła: teraz  musi „poważnie traktować raport MAK” i bronić jego „ustaleń” przed polską opinią publiczną, co najwyżej dopominać się o uzupełnienia!... Tusk już spuszcza z tonu: najpierw raport MAK był dla niego „nie do przyjęcia”, teraz już (po urlopie...)  powiada, że „raport jest niekompletny”.  Ale Rosjanie stanowczo i zaporowo już wykluczyli jego niekompletność...

  Słyszałem opinię pewnego wysokiego rangą oficera polskiego: „Nie wykluczam, że inspiracja dla tego zamachu wyszła z Polski”. I tego też nie można wykluczyć. Bo przecież „komunizm nie został w Polsce obalony w roku1989”, jak prorokowała pewna aktorka, przynajmniej w takiej mierze nie został obalony, w jakiej nie przeprowadzono reprywatyzacji, dekomunizacji, lustracji i natychmiastowego rozwiązania WSI.

 Co się zaczęło od niepoważnej „zmiany ustroju” – kończy się poważną degradacją państwa. Nie znaczy to, że degradacja państwa oznaczać ma degradację jego obywateli. Toteż gdy rosyjski minister spraw zagranicznych, Siergiej Ławrow  powiada, że „spekulację na temat katastrofy smoleńskiej są nieetyczne i bluźniercze” – pytamy: odkąd to  rosyjski minister spraw zagranicznych jest nauczycielem moralności?

                                                                 Marian Miszalski

 

 

 

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »