Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

Odwiedza stronę 1 gość
środa, 19 grudnia 2018 r.
Strona główna
Czy Polska uzna państwo palestyńskie? PDF Drukuj Email
09.02.2011.

                                      Czy Polska uzna państwo palestyńskie?

           *Od „demokratów” do „warchołów”?* „Za naszą wolność i waszą” – wybiórczo

                *Co wolno Sikorskiemu, a czego nie wolno? *Rząd wyjeżdża do Izraela

  Wydarzenia w Egipcie muszą szczególnie zasmucać władze Izraela: wiele wskazuje, że „zwycięstwo demokracji” oznaczać może zwycięstwo Bractwa Muzułmańskiego, a „porażka demokracji” – przynajmniej kompromisowe ustępstwa wobec tegoż Bractwa Muzułmańskiego ze strony każdego reżimu, jaki zastąpi reżim Mubaraka. Z punktu widzenia władz Izraela  byłoby najlepiej, gdyby teraz Mubarak utrzymał się przy władzy, co spolaryzowałoby i skonfrontowało „demokratów” i „reżimowców” aż po krawędź wojny domowej, osłabiając Egipt. Ciekawe, że i tzw.światowa opinia publiczna zdaje się ewoluować w tę stronę: od początkowego poparcia dla egipskich „demokratów” – ku obecnej wstrzemięźliwości, już pewnego sceptycyzmu, a nawet początków dezaprobaty ( określenie „chaos rewolucyjny” zastępuje już w niektórych mediach entuzjazm dla„demokratyzacji”, a władze amerykańskie powiadają już wprost, że reżim Mubaraka powinien „gwarantować demokratyczne przemiany”...). Czy w tej logice „egipscy demokraci” nie skończą aby jako „warchoły”?

 Ale już wcześniej władze Izraela ożywiły swą dyplomację. Bo krótko przed zamieszkami w Egipcie, Tunezji, Syrii i Jordanii - po Argentynie, Brazyli, Boliwi, Ekwadorze, Kubie, Wenezueli, Kostarice i Nikaragui  także Chile uznało  de iure państwo palestyńskie. Zaraz też specjalny wysłannik rządu izraelskiego udał się do Waszyngtonu, gdzie prawdopodobnie zabiegał o dyscyplinowanie tych „antysemickich reżimów”.  Niemal jednocześnie w Brukseli powstał nieprzyjemny dla Tel-Awiwu raport wzywający UE do podjęcia sankcji wobec Izraela i do uznania wschodniej Jerozolimy za stolicę Palestyny (to musi szczególnie martwić „Gazetę Wyborczą”, która w swoim czasie cieszyła się na pierwszej stronie: „Jerozolima nasza!” - a przecież szło wtedy o uznanie „całej Jerozolimy za stolicę Izraela”, nie Polski...).

 Ale nie minęło kilka dni, jak i Rosja uznała państwo palestyńskie, potwierdzając stanowisko Związku Sowieckiego  z roku 1988! Obecnie na 192 państwa należąc do ONZ – państwo palestyńskie uznaje już 109.

 Rzecz jasna – z nieco innych powodów wspierają Palestyńczyków kraje Ameryki Południowej,  z innych - Unia Europejska, jeszcze z innych – Rosja, ale  w konsekwencji rozszerza się wspólny front.  Sytuacja robi się paradoksalna: coraz więcej państw uznaje państwo Palestynę, którego nie ma na mapie: jest tam tylko Autonomia Palestyńska w ramach żydowskiej okupacji.

 Czy i Polska uzna państwo palestyńskie?

 Wedle moralności „Za waszą wolność i naszą” już dawno powinniśmy to zrobić. A wedle interesów politycznych? Wydaje się, że tym bardziej.

 Po krótkowzrocznym i szkodliwym dla Polski zaangażowaniu się w amerykańską awanturę iracką nasze  stosunki z krajami arabskimi pogorszyły się. A przecież te kraje stanowią dla biednej Polski znacznie  ważniejszy obszar handlowego partnerstwa, niż Izrael. W samym tylko Egipcie jest ropa naftowa, gaz ziemny, rudy metali szlachetnych, a 80 milionowa ludność stanowi rynek zbytu nie do pogardzenia.

 Decyzja o uznaniu przez Polskę państw palestyńskiego zirytowałaby, rzecz jasna,  władze amerykańskie, ale w sytuacji, gdy Ameryka przestaje się interesować Europą Środkowo-Wschodnią rozluźniają się i nasze zobowiązania wobec polityki amerykańskiej. To właśnie minister Sikorski powinien wytłumaczyć Amerykanom. Natomiast irytacja rządu Izraela ma znacznie mniejsze znacznie: co nam do Izraela, a Izraelowi do nas? To już więcej „Izraelowi do nas”, co też może być dyplomatycznym i politycznym atutem.

 Czy jednak rząd Tuska – teraz, gdy podpisaliśmy Traktat Lizboński i gdy powołano ministra spraw zagranicznych Unii Europejskiej – władny jest w ogóle podjąć samodzielnie  decyzję o uznaniu państwa palestyńskiego? Jakiegokolwiek innego państwa?

 To właśnie nie jest jasne i dlatego opinii publicznej należy się w tej kwestii niezbędne wyjaśnienie: czy rząd Tuska nie chce uznać państwa palestyńskiego, chociaż mógłby w ten sposób poprawić i naszą pozycję, i partnerstwo handlowe, i bezpieczeństwo naszych obywateli w obszarze krajów arabskich? Czy chce – a nie może (dlaczego)? Czy i nie chce, i nie może?

 Jest to zarazem pytanie o zakres samodzielności polskiej polityki zagranicznej po ratyfikacji Traktatu Lizbońskiego i stąd, sądzę, jest to pytanie ważne, na które polska opinia publiczna powinna otrzymać odpowiedź. O ile, rzecz jasna, znajdzie się dziennikarz dopuszczany do konferencji ministra Sikorskiego, który ośmieli się zadać to pytanie...

 Tymczasem wkrótce odbędzie się w Izraelu pierwsze, precedensowe wspólne posiedzenie  polskiego rządu i izraelskiego. Chyba Tusk, Sikorski i Klich dopilnują lepiej tej wizyty, niż wizyty smoleńskiej? Czy będzie miała status „Head”? Czy MSZ dopilnuje odpowiedzi władz izraelskich w tej sprawie, czy też zadowoli się brakiem odpowiedzi, jak zadowoliło się w przypadku prezydenckiej wizyty w Smoleńsku?... Nie wiadomo też, dlaczego nie wystarcza wizyta nowej głowy państwa, premiera czy ministra spraw zagranicznych. Najwyraźniej mamy z Izraelem tak wiele wspólnych interesów (ale – jakich?), że aż cały rząd musi się pofatygować – ale byłoby dobrze, gdyby opinia publiczna w Polsce dowiedziała się, o jakie właściwie interesy chodzi, który resort i co uzgadniać ma z izraelskim odpowiednikiem, i dlaczego. Gdy cały rząd udaje się na taką sesję wyjazdową – w gotowości powinny stanąć także wszystkie służby. Jeszcze tego by brakowało, żebyśmy po stracie całego dowództwa lotnictwa, całego ośrodka prezydenckiego – stracili, nie daj Boże, cały rząd! Zwłaszcza Centralne Biuro Antykorupcyjne powinno zewrzeć szyki i pośladki, bo przecież łatwiej dyskretnie „wziąć w łapę” w dalekim Izraelu, niż w Polsce. Ciekawe też, jacy dziennikarze dopuszczeni zostaną do akredytacji na tę pierwszą, historyczną sesje wyjazdową polskiego rządu, co napiszą, a czego nie.

 No i to jeszcze nas ciekawi, czy, gdzie, z kim i dlaczego odbywać się będą dalsze wspólne, zagraniczne sesje wyjazdowe rządu Tuska? Czy jakiś inny rząd przyjedzie także do nas?

 Wprawdzie na zdrowy rozum wydaje się, że pożyteczniejszą wspólną sesją rządową byłaby np.sesja w Mińsku czy Kijowie, z rządem białoruskim lub ukraińskim, ale najwyraźniej rząd Tuska ma inne priorytety w polityce zagranicznej, bardziej egzotyczne. I bardziej „chlebowe”?...

                                                                 Marian Miszalski 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »