Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

Odwiedza stronę 1 gość
piątek, 14 grudnia 2018 r.
Strona główna
Pies was... PDF Drukuj Email
17.09.2012.

                                                             Pies was....

                *Wielkie spory postępowych jurysprudentów * Pies jako adresat przelewu                                       

                *Kto za co bierze szmal? * Największy sukces rządu Tuska – przed nami                                      

      W  zwiiązku z przesłaniem psu należącemu do szansonistki Kory paczki z marihuaną z dalekiej Ameryki powstał w mainstreamowych mediach i sferach sadowych problem odpowiedzialności karnej prawnego opiekuna psa. Kiedy pies jest dręczony, zaniedbywany przez swego opiekuna lub zrobi kupkę w miejscu publicznym – właściciel psa jako jego prawny opiekun jest karany. Co ma jednak począć demokratyczne państwo prawa, gdy ktoś bez wiedzy i zgody właściciela przyśle jego psu narkotyki? Podejmijmy ten waży problem polityczno-społeczno- prawny, gdyż większych, jak wiadomo, polskie demokratyczne państwo prawa, członek Unii Europejskiej, tak dobrze jak nie ma.

 Czy poczta może odmówić wydania przesyłki właścicielowi psa, jeśli pies jest zarejestrowany, ma książeczkę psa z wpisanym swoim imieniem oraz imieniem, nazwiskiem i adresem właściciela, a przesyłka zaadresowana jest na ten właśnie adres i na tego właśnie psa? Niemiecka szkoła europrawa powiada, że jednak może, gdyż właściciel psa nie we wszystkim reprezentuje swego psa. Są decyzje wyraźnie zastrzeżone dla samego psa – wskazują niemieccy europrawnicy - na przykład kiedy oddać mocz czy stolec, kiedy zawarczeć a kiedy zaszczekać, kiedy zamerdać ogonem, a kiedy wyszczerzyć kły. Wedle tej szkoły pies powinien także sam wyrazić wolę odebrania przesyłki z narkotykiem (używanie narkotyków przez psy nie jest zakazane  prawem), zatem urzędnik pocztowy powinien okazać psu zawartość przesyłki i od jego woli uzależnić jej wydanie psu.  Urzędnik powinien następnie  sprawdzić, czy pies zapali skręta, czy nie. Profesor Isaac Dreckstein z Europejskiego Uniwersytetu Ludowego we Fryburgu podkreśla jednak, że na ogół pies nie jest w stanie sam zapalić skręta, zatem prawny opiekun psa powinien sam zrobić „jointa”, a urzędnik pocztowy sprawdzić jedynie, czy pies potrafi się zaciągnąć. Dopiero wtedy przesyłka może być wydana prawnemu opiekunowi psa. Profesor Dreckstein podkreśla jednak, że prawny opiekun psa powinien zgłosić fakt odebrania tej przesyłki do miejscowego posterunku staadtpolizei, a każdorazowe używanie przez psa narkotyku powinno dokonywać się w obecności funkcjonariusza staadtpolizei i właściwego lokalnie weterynarza. To się nazywa niemiecka skrupulatność!

 Inaczej widzi ten problem rosyjska szkoła prawnicza, której prominentnym przedstawicielem jest prof. Aaron Szapiro z Moskiewskiej Wyższej Szkoły Prawa i Lewa. Wedle tej szkoły prawniczej każda przesyłka adresowana na konkretnego psa powinna być bezwzględnie właścicielowi psa wydana, ale odpowiedzialność za nielegalny charakter przesyłki (narkotyk, broń, pornografia etc.) ponosi właściciel. Gdyby więc ktoś z Ameryki przesłał mojemu psu materiały pedofilskie, kokainę albo granat – wedle szkoły moskiewskiej ja, jako prawny opiekun psa, musiałbym tę przesyłkę w imieniu psa obligatoryjnie odebrać i, oczywiście, zaraz poszedłbym tłumaczyć się „pod proroka”. Pies wedle tej szkoły nie miałby nic do powiedzenia, nawet gdyby podniecała go pornografia, rajcowała kokaina czy lubił rzucać granatami.

 Wydaje się, że szkoła niemiecka ( hunderechtschule) jest w regulacji tego problemu bardziej wrażliwa na kondycje naszych „braci mniejszych”, niż szkoła rosyjska (sobacznyj juridiczeskij zakon).

 Jest jeszcze szkoła anglosaska, konkretnie – chicagowska - wedle której „pies j...” podobne problemy, ale nie ma ona wzięcia we współczesnych kręgach postępowych jurysprudentów.

 Wobec tak poważnych dylematów prawnych całkiem drobny i bez znaczenia jest problem wiceministra finansów Andrzeja Parafianowicza, który odpowiada za nadzór i kontrolę przepływów finansowych w rządzie Tuska, a który dziwnie przegapił – jak ujawnił poseł Matuszewski z PiS – transfer grubej forsy przez Amber Gold! A przecież p.Parafianowicz za to bierze ciężkie pieniądze publiczne, żeby takich rzeczy skrupulatnie pilnował... Co więcej – dysponuje totalnymi środkami kontrolnymi, jakich nie powstydziłby się aparat  kontrolny Hilarego Minca. Może bierze i za to, żeby czasem prześlepiał? W rządzie Tuska wszystko jest możliwe. Tym bardziej, że sytuację na Wybrzeżu b.szef Centralnego Biura Śledczego w Gdańsku określił jako „jedną wielką puszkę Pandory: jedną wielka sitwę”!

 Przez analogię: gdyby ktoś z Ameryki przesłał mojemu psu w Łodzi dwadzieścia dolarów –  mógłbym je odebrać, według wskazań szkoły niemieckiej, tylko w asyście urzędnika skarbowego, a następnie uiścić podatek od darowizny oraz dokumentować wydanie każdego centa: że poszedł na psie potrzeby. Wedle szkoły rosyjskiej natomiast to byłaby moja forsa i nic nikomu do niej, nawet mojemu psu. Wedle szkoły chicagowskiej zaś tak zaadresowanej paczki w ogóle by ani właścicielowi, ani psu nie wydano.Tak to się wszystko dziwnie plecie na tym świecie, na którym coraz mniej poczucia pewności, stabilności, zasad. Jedno co pewne, a przynajmniej coraz pewniejsze, na szczęście, to że o premierze Tusku i jego rządzie da się powiedzieć to samo, co o pewnym austriackim premierze przed wojną pisała prasa konserwatywna: „Jego największym sukcesem politycznym byłoby podanie się do dymisji”. Zatem wszystko jeszcze przed rządem Tuska. Jednak z grzeczności musimy poświęcić trochę uwagi kłopotom premiera Tuska, przynajmniej tyle, ile psim kłopotom  Kory.

 Premier powiada tedy, że o Amber Gold wiedział „ogólnie z mediów” i na tej podstawie przestrzegał syna w czerwcu br. przed tą firmą. Jednak Jacek Cichocki, minister spraw wewnętrznych i koordynator służb specjalnych zaklina się, że już w maju ABW przekazała premierowi stosowną informację i wiemy już, że była to informacja znacznie szersza i głębsza, niż wiedza mediów z maja br, Możliwe zatem, że najbliższy zaufany premiera Tuska (p.Arabski?), ten, który dostarcza mu co rano na biurko wyselekcjonowane doniesienia rozmaitych służb, akurat tej informacji mu nie przekazał, albo przeczytał ją Tuskowi selektywnie. Nie da się też wykluczyć, że informacja ABW w zalewie innych informacji jakoś spadła pod biurko premiera, zawieruszyła się gdzieś pod dywan, przeleżała tam trzy miesiące i znalazła ją dopiero w sierpniu sekretarka albo sprzątaczka. Cóz, nawet prezydent Barak Obama, jak opowiada jego połowica, rozrzuca skarpetki po całym domu, i demokratyczna opinia publiczna kocha za to Obamę. Trzecia możliwość to ta, że sam Tusk łże.

 Każda z tych trzech możliwości każe spojrzeć na rząd Tuska raczej przez pryzmat tezy głównej szkoły chicagowskiej.

                                                         Marian Miszalski

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »