Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

środa, 20 czerwca 2018 r.
Strona główna
W tym szaleństwie jest metoda PDF Drukuj Email
21.09.2012.

                                          W tym szaleństwie jest metoda                 

          *Wekselki żyrowane politycznie *UE wg. Rotszylda *Miteleuropa – willkommen        

          *Teraz, gdy mamy tych ludzi w naszych rękach... * Komu trafika, komu bufet?               

  A to ci dopiero! Chociaż „złota Aniela” najpierw dąsała się i krygowała jak polityczna dziewica, chociaż prezes Bundesbanku, pan Weidmann ostentacyjnie i samotnie głosował „przeciw” wbrew wszystkim pozostałym prezesom banków centralnych – Europejski Bank Centralny („Żyrował ten wekselek i pan Tenenbaum, i pan Rosenbaum, i pan Silbermann, i pan Weidemann...) zgodził się jednak skupować obligacje słabych państw eurokołchoza (czyli pożyczać im drukowane na ten cel pieniądze) – w zamian za ręczne kierownictwo 6 tysiącami banków w strefie euro, wraz z ich filiami poza tą strefą. Jaki piękny interes! „Dajcie mi kontrolę nad emisją pieniądza, a nie będę się przejmował żadnym ustawodawstwem” – już dwieście lat temu powiedział stary Rothschild.

Europejski system stabilizacyjny i europejska unia bankowa to kroki milowe w postępującym procesie niemieckiej dominacji politycznej w Europie: powiedzieć można, że wraz  z tymi dwiema instytucjami Niemcy przechodzą na ręczne sterowanie europejską gospodarką. Co więcej – te dwa mechanizmy nie wyrównają, a pogłębią istniejące na tym obszarze różnice ekonomiczne: kraje biedniejsze zbiednieją jeszcze bardziej (wszak inflacja najciężej doświadcza biedniejszych), a im bardziej się zadłużą inflacyjnym pieniądzem pozyskiwanym z obligacji – tym prawdziwszym majątkiem zapłacą ich obywatele w przyszłości za ten dług i jego odsetki. 

 W tym szaleństwie jest metoda – i właściwie niemieckie media powinny skwitować werdykt niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego, akceptujący udział Niemiec w Europejskim Mechanizmie Stabilizacyjnym tytułami na pierwszych stronach: „Europa nasza!”, „Mitteleuropa – wilkomem!”, etc.

 Za bezgraniczne popieranie tych niemieckich koncepcji Donald Tusk wynagrodzony już został obietnicą poważnego potraktowania jego kandydatury na przewodniczącego Komisji Europejskiej w 2014 roku ( na takiego figuranta nadaje się równie dobrze, jak „charyzmatyczny” premier Buzek na przewodniczącego Parlamentu Europejskiego...). Nie ulega wątpliwości, że z kolei pomagierzy Tuska w tym procederze dostaną także w nagrodę rozmaite „eurotrafiki”. W końcu takie wybitne osiągnięcia tego rządu w budowie „polnische wirtschaft”, jak dług publiczny sięgający już biliona złotych, biurokracja państwowa rozbuchana do prawie pół miliona urzędników czy degrengolada aparatu ścigania, wymiaru sprawiedliwości i systemu ochrony zdrowia zasługują na niemieckie nagrody.

 W tych „niepowtarzalnych okolicznościach przyrody”... Chociaż: czy naprawdę niepowtarzalnych? Po przymierzu polsko-pruskim z 1790 roku ambasador Fryderyka Wilhelma II, Lucchessini,  pisał z Warszawy: „Teraz, kiedy mamy już w ręku tych ludzi i kiedy przyszłość Polski jedynie od naszych kombinacji zależy, kraj ten może posłużyć Waszej Królewskiej Mości przedmiotem targu (...) Cała sztuka z naszej strony tkwi w tym, aby ci ludzie niczego się nie domyślili i aby nie mogli przewidywać, do jakich ustępstw będą zmuszeni w chwili, gdy Wasza Królewska Mość za swe usługi zażąda od nich wdzięczności”.

 W tych powtarzalnych zatem okolicznościach historycznych nie dziwi, że niezawisły sąd okręgowy w Opolu uznał ostatecznie istnienie „narodowości śląskiej” zatwierdzając statut Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej. Wprawdzie sędzina Anna  Korwin-Piotrowska zarzeka się w uzasadnieniu, że uznaje tylko legalność tego stowarzyszenia, nie rozstrzygając kwestii istnienia albo nieistnienia „narodowości śląskiej”, ale to uzasadnienie nie jest warte nawet funta kłaków. Sędzina rozumuje mianowicie tak mianowicie, że „jest w Polsce legalnie zarejestrowane Stowarzyszenie Krasnolud”, co przecież nie oznacza prawnego uznania istnienia krasnoludków.  Rozumowanie sędziny zdaje się obrażać naszą inteligencję... Bo ze statutu Stowarzyszenia Krasnolud nie wynika, że jego członkowie uważają się za krasnoludków – podczas gdy ze statutu Stowarzyszenia Osób Narodowości Śląskiej wynika niezbicie, że jego członkowie uznają się za „śląską mniejszość narodową”. Rejestracja tego stowarzyszenia – bez względu na to uzasadnienie – jest zatem prawnym uznaniem istnienia śląskiej mniejszości narodowej.

 Już wprowadzenie pojęcia „mniejszości narodowej” do tej byle jakiej, tandetnej prawnie i niebezpiecznej obecnej Konstytucji (autorstwa postkomunistów z SLD i lobby żydowskiego z UW) – przy braku jakichkolwiek kryteriów umożliwiających obiektywne stwierdzenie „mniejszościowej przynależności” – budziło zrozumiałe wątpliwości i protesty, ale zlekceważono je o tyleż z cynizmu, co z pychy. W efekcie jedynym kryterium jest dzisiaj subiektywne przeświadczenie kandydata na „,miejszościowca”, a nawet nie ono (bo jak to sprawdzić?...), a po prostu jego deklaracja. Wieleż to rozmaitych deklaracji można kupić za pieniądze! Ambasador Lucchesini, jak i pozostali ambasadorowie późniejszych mocarstw rozbiorowych dobrze znali te wydatki, te koszta... Kto wie, czy nie były one nawet wówczas większe, niż dzisiaj, gdy za psie pieniądze, prezenciki i synekurki kupić można posła, senatora,  ministra czy premiera, a co dopiero – zwerbować kandydata na „subiektywnego mniejszościowca”.

 Właśnie podobny trochę do włoskiego tenora, trochę do włoskiego fryzjera Manuel Baroso, przewodniczący Komisji Europejskiej, polityk, powiedzmy, czwartej kategorii ale eurokarierowicz i eurooportunista pierwszej wody -nadmienia coś o konieczności „wielkiej debaty” o UE jako „federacji suwerennych państw”... Suwerennych – po  Traktacie Lizbońskim? Po tej „unii banków” i  potopie drukowanego pieniądza pod auspicjami Centralnego Banku Europejskiego?... Najwyraźniej Baroso dostosowuje się do nowego etapu propagandy, wedle której im więcej niemieckiej hegemonii, tym więcej suwerenności. Juźci nie spuszczą go chyba łatwo z tej synekury, a jeśli nawet – dadzą inny eurobufet w arendę?

                                                               Marian Miszalski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »