Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

niedziela, 17 grudnia 2017 r.
Strona główna
Zaplecze zapleczu nierówne PDF Drukuj Email
01.02.2013.

                                    Zaplecze zapleczu nierówne    

         *Miller karleje w kleszczach? * Cała Polska czyta Cenckiewicza!

         *Kwaśniewski przestał jednoczyć... *Standard demokratycznego behawioru

 Jak to bywa w krajach tracących suwerenność,  polityka redukuje się do polityki personalnej: kopania po kostkach, podsr....wania, no  i, oczywiście, wydzieraniu sobie publicznego, podatkowego szmalu. Gdy jedni chcieliby, „powiedzmy sobie, towarzysze, szczerze i otwarcie”, odesłać Millera na polityczny wycug – inni woleliby go „wbudować” w „zjednoczoną lewicę”, w nowy, wymarzony folksfront. Na łamach poddanej kadrowej czystce „Rzepy” Andrzej Celiński, co to z niejednego pieca wygarniał, aż wylądował na kanapie Partii Demokratów - pisze: „Millera, jednego z największych polityków Polski minionego dwudziestolecia, trzymają w kleszczach mali ludzie”. Kim są ci „mali ludzie”? To, zdaniem Celińskiego – „ludzie w gminach i powiatach”. „A on woli karleć, niż walczyć” – dodaje Celiński.

 Pomijam już tę sprzeczność, że „największego polityka Polski minionego dwudziestolecia” mogą „trzymać w kleszczach” jacyś „mali ludzie”... Albo to nie jest „największy polityk”, albo to nie są żadni „mali ludzie”, ale całkiem potężni. Nie wydaje mi się, żeby Millera trzymali w kleszczach „ludzie z gmin i powiatów”,  już prędzej ludzie z b.Wojskowych Służb Informacyjnych. Niby służb tych już nie ma, ale rozwiązano je dopiero w 2006 roku, więc w szyku zwartym i bojowym miały szansę nieźle osadzić się w „demokracji”. Wedle Sławomira Cenckiewicza (autora „Długiego ramienia Moskwy”, książki, która stanowić powinna podstawową lekturę historyczną współczesnego polskiego inteligenta), w 1990 roku służby te zatrudniały 2,5 tysiąca samych tylko „źródeł informacji”, ulokowanych w urzędach centralnych , organizacjach polityczno-społecznych, na uczelniach, w bankach, firmach prywatnych i państwowych. Gromadzona tam wiedza, zwłaszcza „przetwarzana” operacyjnie, o tyleż trzyma Millera „w kleszczach”, co stanowi jego siłę – dopóki, ma się rozumieć, ludzie b.bezpieki wojskowej zechcą go używać w roli polityka.

 Miller najwyraźniej nie czuje się zagrożony z tej strony, przynajmniej nie na tyle, by od razu kapitulować przed prawdziwym zapleczem Kwaśniewskiego, Palikota czy Partii Demokratów... Może zaplecze Millera kontroluje zaplecza tych rywali?... Wygląda na to, że Miller zgodziłby się na „zjednoczenie lewicy” wszakże pod warunkiem, że to on i jego zaplecze tak naprawdę lewicą tą by kręcili. Najwyraźniej prawdziwe „zaplecza” Ruchu Palikota, Partii Demokratów, SdPl i kogo tam jeszcze są słabsze od prawdziwego „zaplecza” SLD. No ale jakże mają być silniejsze? Przecież od zabójstwa ks.Popiełuszki w 1984  aż do roku 2006 (oficjalnie) - wojskowa bezpieka trzęsła naszym życiem politycznym, była na prawdziwej scenie politycznej jej prawdziwym hegemonem! Ze swą wiedzą, z teczkami, z kapitałami (FOZZ i inne źródła), z  rozbudowaną agenturą...

 Gdy więc już osadzimy Millera jako polityka we właściwych proporcjach, zależnościach i „ramach organizacyjnych”, możemy zastanowić się, dlaczego to Celiński nie Kwaśniewskiego na przykład – ale akurat Millera uznał za „największego polityka minionego dwudziestolecia”? I to teraz, gdy cała poza SLD-owska lewica upatruje w Kwaśniewskim mesjasza-jednoczyciela?... Może to wskazywać, że pośród tej poza- SLD-owskiej lewicy (na jej prawdziwych zapleczach) kiełkuje jednak pomysł o akceptacji Millera na czele zjednoczonej lewicy.

 Rzecz jasna – potrzebne byłyby pewne gwarancje... Na przykład takie, że nowy lider „zjednoczonej lewicy” nie zostanie jej „Jaruzelskim” i nie zafunduje frakcyjnym „zlewkom” politycznego „internowania” na podrzędniejszych funkcjach i synekurach. Czy sam Miller może dać takie gwarancje? Wątpliwa sprawa. A jego zaplecze?...

 Jeśli w miarę integracji unijnej ludzie „wojskówki” będą wyśłizgiwani z co intratniejszych biznesów – może to ich rozmiękczać i czynić skłonniejszymi do kompromisów ze słabymi „zapleczami” rozproszonej lewicy. Ale może to także skłaniać ich do popierania całkiem innych formacji, niż SLD z potencjalnymi przyległościami...

 Niewykluczone jednak, że Celińskiemu naprawdę zdaje się, iż Miller ukontentuje się mianem „najwybitniejszego polityka minionego dwudziestolecia” i za dotrwanie do emerytury jako „lider zjednoczonej lewicy” – dopuści do SLD petentów: ruch Hegla z Biłgoraja i lobby żydowskie. Teoretycznie taki lider zjednoczonej lewicy mógłby ubiegać się w przyszłości o urząd prezydenta, albo – powtórnie, premiera.

 Tekst Celińskiego, swoista „wazelina pochlebczo-przekupna”, to w każdym razie wskazówka, że już nie „Olek” wystawiany będzie na „jednoczyciela”. Już prędzej – Miller! A to dopiero...

 Nie byłby to wprawdzie dowód, że jest „najwybitniejszym politykiem minionego dwudziestolecia”, byłby to dowód, że jest tylko najcwańszym graczem na lewicy, więc raczej dowód na jej polityczną nędzę.

 Żeby tylko się nie przeziębił. No i to, co zawsze: raczej pociąg, niż helikopter lub tupolew, unikać w piątek schodzenia do piwnicy lub garażu... -  ale to przecież znany, standard demokratycznego behawioru.

                                                                        Marian Miszalski

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »