Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

Odwiedza stronę 1 gość
środa, 16 sierpnia 2017 r.
Strona główna
Zarówno brutalizacja PDF Drukuj Email
09.05.2013.

                                    Zarówno brutalizacja, jak wysubtelnienie

         *Od imperium – do burdelu? *Syryjska skała nie pęka* Osobliwości globalizacji

                     Co tu dużo mówić: odkąd niewielki (nie tylko wzrostem) , ale dobrze ukorzeniony (bien racine) prezydent  Francji Mikołaj Sarkozy proklamował kilka lat temu Unią Śródziemnomorską, nazwaną szybko francuskim „kieszonkowym imperium” – sprawy w tym rejonie świata potoczyły się dziwacznie. Po stronie europejskiej zbankrutowała Grecja i Cypr, Hiszpania i Włochy  mają się coraz gorzej, po stronie zaś afrykańskiej i bliskowschodniej – tam zwłaszcza, gdzie ropa naftowa -  „burdel i serdel”. Wprawdzie reżimy egipski, tunezyjski czy libijski nie były przykładnymi wzorcami demokracji realizujących ideologię poprawności politycznej, ale zapewniały stabilność i jako taki rozwój gospodarczy. Odkąd zmiotła je „fala rewolucyjna”, napędzona przez zachodnie służby specjalne – pojawił się chaos i pretendenci do władzy niewiele lepsi, a może i gorsi od swych poprzedników. Kadafiego zamordowano w najgorszym stylu linczów bolszewickich, b.prezydent Egiptu, sędziwy Mubarak dostarczany jest do sądu na noszach, gdzie odpowiada na pytania sądu z żelaznej klatki dla zwierząt. Jakby nie patrzeć, nie wygląda to wszystko na „brukselskie standardy demokratyczne”, nie mówiąc już  o zbrojnych bandach grasujących po Egipcie czy Libii i rabujących kogo popadnie. Można sobie pomyśleć, patrząc dzisiaj z dystansu, że cała ta Unia Śródziemnomorska pomyślana została nie tyle jako kieszonkowe imperium francuskie w ramach niemieckiego przyzwolenia, ile jako polityczna podgotowka do „rewolucji arabskiej”, zrobionej przy pomocy agentur państw zachodnich przy wsparciu miejscowych pożytecznych idiotów. Być może jakieś formy imperialnego ładu Unii Europejskiej zostaną tu jeszcze w przyszłości ustanowione, ale na razie widać tylko demokratyczną destabilizację i chaos, przy apetycie na kolejną ofiarę – Syrię. Tak się dziwnie składa, że Syria pod rządami prezydenta Assada to najbliższy współpracownik Iranu, a tym samym piekąca sól w oku Izraela.

 Trudno powiedzieć, czy zachodnia rekonkwista Afryki Północnej dokonała się za wiedzą i zgodą Rosji, wiele wskazuje jednak, że Rosjanie zaskoczeni zostali tą nieoczekiwana przemianą politycznej inicjatywy Unii Śródziemnomorskiej w inicjatywę zachodnich tajnych służb czynnych przy „rewolucji arabskiej”, zwłaszcza gdy stało się jasne, że ich celem głównym jest właśnie Syria, najbliższy współpracownik Iranu, gdzie Rosja ma w dodatku swą największą bazę morska w obszarze Morza Śródziemnego. Zaraz też rosyjska flota wojenna wpłynęła na Morze Śródziemne, postawiona została także w stan gotowości rosyjska flota czarnomorska i uruchomiony został pas transportowy dla legalnych władz syryjskich, których oponenci wspierani są militarnie i finansowo przez kraje zachodnie. W ten sposób, dość późno, ale jednak – postęp demokracji centralnie kierowanej (centralizm demokratyczny redivivus?) na gruncie  Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu został powstrzymany, i to nie przez kogo innego, ale putinowską Rosję. A to dopiero grymas historii!

 Najwyraźniej ante portas Syrii musi zakończyć się ta demokratyczna rekonkwista, chyba, że nastąpi jakiś znaczący w skali światowej deal polityczny między Waszyngtonem a Moskwą.

 Co więcej – wiele wskazuje, że ruscy szachiści przystąpili, wprawdzie z pewnym opóźnieniem, ale dość zdecydowanie, do kontrofensywy. Obrona Alechina?...Świat, jak wiadomo, to dzisiaj system naczyń połączonych, także w kombinacjach osobliwych, toteż nieoczekiwanie i w sposób niemożliwy do wyjaśnienia przez najtęższych akademickich politologów – Korea Północna „wypowiedziała wojnę” Stanom Zjednoczonym. Wprawdzie nie posłała do boju ani jednego żołnierza ani nie odpaliła w kierunku wroga i jego sojuszników ani jednego pocisku, ale rychło w Bostonie „jacyś Czeczeńcy” zaatakowali słynny bostoński Maraton, a w Teksasie wyleciały w powietrze wielkie zakłady produkujące nawozy sztuczne, z takim efektem pirotechnicznym, jakby trafiła je prawdziwa rakieta. Co trafiło te teksańskie zakłady, diabli wiedzą, zwłaszcza że rząd amerykański milczy w tej kwestii, jak zaklęty, stąd podejrzenia o zamach narastają: bo jakże to – przy tak wysokim poziomie ochrony przed atakami terrorystycznymi, jaki obowiązuje w Ameryce po zamachu na World Trade Center – szczególnie chroniony zakład produkcji materiałów quasi-wybuchowych wylatuje w powietrze, jak rażony rakietą? Ognista kula unosi się nad miastem, fala uderzeniowa zmiata połowę miasta?... A przecież nie musi to być jeszcze koniec tych szachowych, globalnych kombinacji.

 Do tej pory rozmaici „terroryści” chętnie przyznawali się do udanych akcji,  wręcz chwalili się nimi, wyzyskując je propagandowo. Teraz jednak walka najtęższych wywiadów przy pomocy „terrorystów” wkracza najwyraźniej w nowy etap wyższej jakości: oficjalnie nikt nie będzie się przyznawał do niczego! Kto więc terroryzuje? Samotni „szaleńcy”, „frustraci”, ot, wariaci. Wzrośnie zapotrzebowanie na profilaktyczne psychuszki?

 Powiedzieć można, że jest to z jednej trony wyraz brutalizacji „walki o pokój” we współczesnym świecie, ale zarazem -  wskutek swoistej dialektyki przeciwieństw – jest to także przejaw postępującej subtelności w walce wywiadów. „Wy już wiecie, za co was to dotknęło” – zdają się mówić te anonimowe akty terrorystyczne – „ale możecie się tylko domyślać, kto wam to zrobił”. Nikt się już nie przyzna, łapcie powietrze, walczcie z duchem...

 Trudno powiedzieć, czy w Ameryce i gdzie indziej nastąpi jakaś polityczna refleksja nad konsekwencjami bezkrytycznego poparcia dla Izraela, ale byłoby raczej dziwne, gdyby nie nastąpiła.

                                                                             Marian Miszalski

 

  

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »