Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

Odwiedza stronę 1 gość
czwartek, 19 października 2017 r.
Strona główna
Ruchy na głębokim zapleczu? PDF Drukuj Email
17.02.2015.

                             Ruchy na głębokim zapleczu

 *Wyrafinowana kopulacja w Brukseli * Co cię nie zabije, to cię wzmocni

*Chwalebna powściągliwość „New York Times” *Chłop Murzynem jest i basta!                            

                              

 Unijni politycy poszczytowali sobie w Brukseli co do nowych sankcji względem Rosji. Ich brukselskie szczytowanie przypomina nieco ów dowcip o facecie, który przykładając zaciśniętą pięść do pięści zastanawiał się, jak kopulują żółwie... Wreszcie uradzono, że nieco rozszerzony zostanie zakaz wizowy i zamrożenie kont wobec niektórych ruskich szachistów, szczególnie zaangażowanych w rozgrywkę ukraińską („obrona Alechina”?). Kolejną próbę spłodzenia „jednolitej polityki europejskiej” wobec Rosji zapowiedziano na luty. Niby owszem, festina lente, spiesz się powoli – zalecał to już cesarz August – pośpiech wskazany jest głównie przy łapaniu pcheł i rozwolnieniu, ale czy Unia Europejska w ogóle do czegoś tutaj zmierza, ku czemuś – wolniej czy szybciej – dąży? Gdy leniwe, wyrafinowane szczytowanie brukselskie (to prawdziwa polityczna pornografia!) ekscytuje komentatorów – zwłaszcza żydowskich – Rosja krok po kroku wyrąbuje sobie korytarz na Krym i można przewidywać, że gdy już obuduje sobie ten korytarz politycznie jak należy – Bruksela odetchnie: obłoży swymi sankcjami polityków „samozwańczych republik korytarzowych”, którzy kłaść będą lachę na te sankcje. Tu i tam odzywają się zatem głosy, by „dozbroić Ukrainę”, krótko mówiąc, by sprawić Rosji bulgoczący kocioł tuż po nosem, przez co Ukraina stałaby się czymś na kształt drugiej Czeczenii albo „Izraela Wschodu”, państwem niemal frontowym, w permanentnym konflikcie z Rosją, ale autorzy tych koncepcji dziwnie milczą w kwestii: wiele by kosztowało takie „dozbrojenie”, kto miałby to sfinansować, w co właściwie ją dozbrajać, no i kto wziąłby na siebie odpowiedzialność ( i jaką?) – gdyby i z tak dozbrojoną Ukrainą Rosja dała sobie jednak radę...  Wiele zatem wskazuje, że strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie nie tylko przetrwa „próbę niszczącą”, jakiej poddali Berlin i Moskwę Amerykanie, ale – kto wie -  może nawet wyjść z tej próby umocnione. Co cię nie zniszczy to cię wzmocni – tak podobno nauczano  w SS.

 Tymczasem prezydent Barak Obama złożył wizytę w Indiach i dostąpił rzadkiego zaszczytu uczestnictwa w paradzie wojskowej. Porozumiano się co do amerykańskiej wsparcia dla indyjskiego programu nuklearnego i militarnego. Czyżby ruch na głębokim azjatyckim zapleczu, w przewidywaniu konsekwencji wielkiej smuty polityki ukraińskiej, polityki europejskiej? Przypomnijmy, że w ubiegłym roku prezydent Chin – z rosyjskiego poduszczenia – rzucił sobie w świat, ot, tak,”ni pri czom” że możliwy pakt stabilizacyjny dla Azji mógłby się opierać na trójkącie Rosja- Chiny – Iran, przy czym ten Iran w owej triadzie był najbardziej zastanawiający...Gdyby myśleć o „pakcie stabilizacyjnym” już nie dla Azji, ale dla Euro-Azji – zapewne mógłby się opierać na kwartecie Berlin-Moskwa-Pekin-Teheran. A czemu by nie?.. Natomiast dwa lata temu miały miejsce wspólne manewry wojskowe chińsko-rosyjskie. Ćwierkają też wróble, że chiński program rozwoju wojskowej floty oceanicznej (lotniskowce i łodzie podwodne) mocno martwi Amerykanów. Chiny uwikłane w wojenkę z Indiami! – wspaniały prezent dla Ameryki. Już stary Clausewitz pouczał, że technika wojskowa przesądza w pewnej mierze o teatrze wojennym: na szpady można bić się nawet na balkonie, na armaty – trzeba więcej przestrzeni. Jak walić się atomowymi pałami, to gdzie lepiej, niż na wielkich obszarach Azji? Przecież nie w ciasnej Europie. Oczywiście, można i przez ocean, ale po co? Już z samego tylko „zaostrzenia stosunków” chińsko-indyjskich można wyciągnąć grube korzyści, i polityczne, i finansowe! Czyżby zatem początek rozkwitu wielkiej przyjaźni między demokracją amerykańską a „największą demokracją świata”, czyli indyjską? Która, nawiasem mówiąc, przypomina trochę od podszewki demokrację stalinowską?...Być może wizyta Obamy w Indiach miała na celu ostudzić nieco chińskie ciągoty do stabilizowania Azji wespół z Moskwą i Teheranem; relacja chińsko-indyjskie nigdy dobre nie były.

 Gdy na „arenie światowej” tak poważne ustawki i zastawki – w Spodstolnej Rzeczpospolitej  jakby coraz śmieszniej. I to gdzie? Wokół rocznicowych  uroczystości w Auschwitz! Najpierw pan minister spraw zagranicznych uprzejmie (uprzejmość sytuacyjna?) przypisał wyzwolenie obozu Ukraińcom. Koniunkturalniej byłoby przypisać wyzwolenie Auschwitz samym Żydom – wszak i oni znajdowali się w szeregach Frontu Ukraińskiego „wyzwalającego” Polskę, zwłaszcza na etatach politruków: jaką okazję przegapił pan Schetyna! Zaraz potem okazało się, że delegacja Żydów z Rzymu zasiedziała się w jakimś baraku i nie mogła wydostać się mimo nocnej pory! Włamała się więc do muzealnego hallu wejściowego... Zaraz rzuciłem się do lektury „New York Timesa” – i jakie miłe rozczarowanie: ani słowa o tym, że polscy faszyści próbowali znów zamknąć Żydów w obozie śmierci. Niby nic a cieszy. Cieszy także – i śmieszy -  że (ze strachu przed nieistniejącymi WSI?) pan Piechociński z PSL zrezygnował z kandydowania na prezydenta. Spodstolni propagandyści mają teraz rozkaz od oficerów prowadzących  gruntowania opinii, jakoby Bronisław Komorowski nie miał żadnego konkurenta: z każdym wygra w cuglach! Tak ustawiani są nie tylko spodstolni politycy i dziennikarze, ale i ośrodki badania opinii publicznej. Ale – jeśli potraktować jako wiarygodny sondaż dwa Marsze, organizowane 11 Listopada -  ten poranny, prezydencko-konfidencko-wazeliniarski, i ten popołudniowy, narodowy, spontaniczny, szczery – wynik wyborów prezydenckich może być wielką porażką Komorowskiego... Ostatecznie PSL zdecydował wystawić własnego kandydata – pana Jarubasa. Nazwisko dobre, chłopskie – ale to błąd! Gdyż akces do parlamentarnego klubu „ludowców”  zgłosił nieoczekiwanie znany ludowiec, Ludwik Dorn, i chyba jeszcze bardziej znany polski chłop – czarny John Godson, co to też z niejednego politycznego pieca już wygartywał.  Zważywszy na pewne opinie, wedle których „wysysamy antysemityzm z mlekiem matki” – ta pierwsza kandydatura byłaby ryzykowna, ale John Godson?  „Czarny Witos”! To jest to! Czy tylko Ameryka ma mieć czarnego prezydenta?  Czy Polska gorsza?

 Na marginesie dotychczasowych prezydentur nasuwa się refleksja: dlaczego by w Trzeciej Spodstolnej prezydentura nie mogła być kolegialna? Konstytucja tego nie zabrania, a nawet jeśli, to od czego rozmaite falandyzacje prawa? Co dwie głowy to nie jedna: podsuwam więc PSL-owi pomysł, by wystawił dwuosobową kandydaturę prezydencką w osobach pp.Dorna i Godsona. Z szlachtą polską polski lud – marzył niegdyś poeta – co na dzisiejsze realia przełożyć można: z polskim Żydem polski Murzyn! Jakaż konkieta polityczna w Unii Europejskiej, i nie tylko! Jestem zresztą głęboko przekonany – całkiem już serio, poważnie – że ta prezydentura byłaby lepsza od dotychczasowych prezydentur „Bolka”, „Olka” i hrabiego Bula zusamen do kupy. Gdyby ludowcy kupili mój pomysł - nie będę się drożył: 1 procent od budżetowej dotacji dla PSL albo jakaś ciepła posadka w dowolnym sejmiku wojewódzkim, no, powiedzmy, w powiecie...

 

                                                                     Marian Miszalski                       

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »