Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

Odwiedza stronę 1 gość
środa, 23 sierpnia 2017 r.
Strona główna
Poezja i polityka PDF Drukuj Email
10.03.2015.

                                    Poezja i polityka

     *Na „Idę” nie idę! * Panie Pawlikowski, Niemcy dadzą więcej...

     *Netanjahu w Waszyngtonie: cała para w gwizdek? * Elegancja-Francja

                                   

  Po ordynarnym dymaniu „Malowanego ptaka” Kosińskiego-Lewinkopfa na arcydzieło, po dymaniu politgramoty Kapuścińskiego na „wybitne reportaże”, po  siermiężnym dymaniu  „Sąsiadów” Grossa na „dzieło historyczne” - propagandowe nadymanie filmu „Idy” jest już nudne: ciągle to samo? A z się chce rzygać: te niewinne Żydy, i te nienawistne Polaki...  Ale propaganda  – nawet podpierana holywoodzkimi „Oskarami” (wiadomo, kto kręci tym interesem) nie robi już takiego  wrażenia, jak kiedyś, gdy mniej znaliśmy świat. Toteż reżyserowi  filmu „Ida”, p. Pawlikowskiemu, przypomnieć trzeba, jak to Ksawery Dunikowski zwiedzał kiedyś wystawę rzeźby socrealistycznej i mruczał sobie pod nosem: „Widywałem różne rzeźby... Z marmuru, z brązu, z kamienia, żelaza, z gipsu...Z wazeliny widzę po raz pierwszy”.

 Gdy „kultura” (czytaj: propaganda) finansowana jest przez państwo ( 7 milionów na „Idę” bez pytania podatników o zgodę...) – wazeliniarze mnożą się, jak króliki. W pewnym wywiadzie p.Pawlikowski, po rozmowie ze zbrodniarką żydowską Fajgą Mendlą Danielak – primo voto:Jóźwiak (po PPR-owskim bandycie), secundo voto -  Brus (po stalinowskim politruku) powiada:

 „Fajna pani. Otwarta, ironiczna, ciepła (...) Dużo myślałem o ludziach, którzy kiedyś zrobili coś złego, a potem się zmienili”. No proszę, wszystko jeszcze przed p.Pawliowskim. Niemcy chętnie dadzą więcej, niż 7 milionów złotych, żeby p,Pawlikowski zrobił film o Eichmanie czy Kochu –  „otwartych, ironicznych i ciepłych”, którzy „kiedyś zrobili coś złego, ale potem się zmienili”. Przed p.Pawlikowskim – filmowa przyszłość!

 No ale – jak to powściągał się Konstanty Ildefons Gałczyński jeszcze przed wojną: <Spokój, Kostia – bo Żydy z „Ziemiańskiej” znowu pasać będą słowiańskie cielę, a nowy poeta Wyspiański nową sztukę napisze – „Wesele”...> Dość o „Idzie”, co w kinach idzie.

 Właśnie ukazał się wreszcie (po 73 latach!) pełny wybór poezji Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego („Szarlatanów nikt nie kocha”), którego w PRL żydowscy dysponenci „kultury” dołowali, wywyższając rasowo „swoich”, czyli  b.skamandrytów. Chwała wydawnictwu  Prószyński i S-ka za tę odważną, nieocenzurowaną publikację! Zwłaszcza wiersz „Do Małgosi Rosenbaum” brzmi bardzo współcześnie...

 Gdy już poruszamy się w tych oślizgłych rejonach – jeszcze ciekawiej brzmi przywołany we wstępie felieton sprzed 90 lat pióra Antoniego Słonimskiego(„A u mnie Ajzyk Słonimsker za szafem” – jak to pisał Tuwim w wierszu o przydługim tytule „Poeta zazdrości pewnemu literatowi imieniem Staś, że jest Sarmatą on zaś, nieszczęsny poeta, Żydem jest parchatym, takoż obojej stron żywot wiernie opisany”.....), wydrukowany w skamandryckich „Wiadomościach Literackich”:

 „Naród wybrany” – oto rdzeń, ten tajemniczy znak kabalistyczny, który porusza Golema żydostwa. Bardzo niewielu znam Żydów, którzy nie maja głębokiego przeświadczenia o tej wyższości rasy żydowskiej. Dlatego własnie ten naród (...) nie lekceważy najlżejszego zarzutu (...) Drażliwość jest tak wielka, ze każde śmielsze wystąpienie staje się wprost niebezpieczne dla pisarza. Wolno jest u nas źle pisac o kelnerach, Czechach, Niemcach lub posłach sejmowych(...) ale nie wolno pisac źle i rozumnie przeciw Żydom, Bo pisać głupio – znaczy sprawiać im rzetelna satysfakcję (...) Naród ten, narzekający na szowinizm innych ludów, jest sam najbardziej szowinistycznym narodem świata (...)”.

 Byłżeby Słonimski – antysemitą? Hm, trzeba by spytać Michnika, co to za młodu sekretarzował mu...

 Ale że „poezji nikt nie zji” – przejdźmy od tych subtelności do polityki. Właśnie w okolicznościach brutalnego politycznego skandalu bo wbrew woli, bez zgody i zaproszenia amerykańskiego prezydenta premier Izraela „Bibi” Netanjahu przybył do Waszyngtonu, gdzie w Kongresie agitował przeciw Iranowi. Drastyczne posunięcie, ale cóż robić, gdy „arabskie wiosny” załamały się na Syrii, najbliższym sojuszniku Iranu. Rzec można: lis „już był w ogródku, już witał się z gąską” – gdy ruscy szachiści powiedzieli twarde „niet”. Stop! Na taką zastawkę „Bibi” Netanjahu przekalkulował sobie widocznie, że warto nawet upokorzyć amerykańskiego prezydenta i to w samym Waszyngtonie, byleby podkręcić antyirańskie nastroje w Ameryce. Ale i tu jakby klapa: wprawdzie część republikańskich kongresmanów i senatorów burzliwie go oklaskiwała – ale część (i nie tylko demokraci!) w ogóle zbojkotowała jego wystąpienie, a wręcz ostentacyjnie wyszła z sali! Tego w Ameryce dawno nie było, tego Ameryka od dawna nie oglądała. Co więcej – Obama nie podzielił argumentacji Netanjahu i po jego wystąpieniu (którego, jak powiedział, nawet nie oglądał na żywo a tylko odsłuchał...) zdecydowanie podtrzymał swe stanowisko: negocjacji z Iranem zamiast rozszerzania sankcji. Oczywiście, negocjacje z Iranem można przewlekać aż do czasu, gdy na urzędzie prezydenta Ameryki Obama podmieni jakiś usłużny republikanin, ale że w negocjacjach tych biorą udział także Rosja i Chiny – nie wydaje się, by taka podmianka zasadniczo zmieniła sytuację: jeśli Rosja i Chiny miałyby poświęcić Syrię i Iran to z pewnością z bardzo wielką cenę...

 Tymczasem brytyjski „Financial Times” nazwał amerykański występ Netanjahu „bezczelną hucpą”. Bardzo byłem ciekaw komentarzy tej wizyty w polskich mediach, ale pominięto ją niemal całkowitym milczeniem. Komentowano tam natomiast obficie wypadki drogowe  pod Mławą i w Radymnie...

 Gdy swego czasu pewien francuski dyplomata popuścił z przejęcia w spodnie podczas składania listów uwierzytelniających – premier Arystydes Brand tak poskarżył się na swych dyplomatów: „Niewiele od nich wymagam a i tak nie mogę się doprosić, żeby nie srali w portki podczas audiencji”. Tego premiera Arystydesa Brianda z kolei wybitny francuski publicysta, Leon Daudet nazywał w swej publicystyce notorycznie „alfonsem”. Elegancja Francja!

 U nas, na szczęście, w polityce nie ma żadnych tam „zasrańców” ani „alfonsów”: są ino sami „liderzy partyjni” lub „przywódcy” ruchów; co poseł to ideowiec, co senator – to mędrzec, co prokurator – to stróż prawa, co sędzia – to niezawisły, co dziennikarz – to niezależny. I tylko nie wiadomo na razie, co z generałami tajnych służb, ale – miejmy nadzieję – okaże się wkrótce, że to też sami porządni ludzie...

 Całkiem odwrotnie, jak w tej cholernej Rosji: „W naszym gorodie wsjo eta swołocz; tolko odin prokuror czestnyj czieławiek, no mieżdu nami – toże swinja”.

 Więc jak tu nie potępiać Putina!

                                                            Marian Miszalski 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »