Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

sobota, 24 czerwca 2017 r.
Strona główna
Głosowanie korespondencyjne PDF Drukuj Email
15.05.2015.

               

 

            Korwin, Braun, Kukiz, Wilk, Kowalski: nadzieja        

*Kto ma klucz od sejfu? *Szydło z worka, działacze z rozporka  

     *Prezydentura hybrydowa * Od „warchołów” – do „frustratów”

   

 Głosowanie korespondencyjne, reklamowane intensywnie w mediach mainstreamowych, stwarza ogromne możliwości oszustw wyborczych, zwłaszcza za granicą, w polskich placówkach dyplomatycznych, dokąd głosująca Polonia może nadsyłać karty wyborcze. W Ministerstwie Spraw Zagranicznych, nadzorujących te placówki, odnotowano najwyższy wskaźnik zatrudnienia  b. agentów Wojskowych Służb Informacyjnych: prawie ćwierć tysiąca! Właśnie dowiadujemy się, że głosowanie korespondencyjne Polaków w Belgii nadzorować ma niejaki Jan Cibulla ( dawniej: Jan Cebula, czy może Mendel Czosnek?...), b. funkcjonariusz WSI, wydziału „Y” (działającego na zlecenie sowieckiego GRU) obecnie konsul w Brukseli. Konkretnie rzecz ujmując – taki „konsul” ma klucz do sejfu, w którym gromadzone są korespondencyjne głosy wyborcze... Dodajmy, że podczas minionych wyborów parlamentarnych w tejże Brukseli odnotowano głosów więcej, niż było głosujących obywateli... Jeśli takie fałszerstwa  wyborcze „odchodzą” w niewielkiej Belgii ( a zarazem w centrum UE!) gdzie Polonia dość skromna – jakie odchodzić mogą w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, w Wielkiej Brytanii(!), w Niemczech, we Francji czy Australii?...( w polskiej ambasadzie w Paryżu zatrudniony jest niejaki Janusz Pieńkowski jako „doradca polskich inwestorów i przedsiębiorców działających we Francji”, znany m.in. z prywatyzacji gazety „Dziennik Łódzki” w Łodzi, w latach 90-ych; był on wtedy współwłaścicielem nie śmierdzącej groszem spółki „Tower”, która kupiła tę poczytną gazetę za ciężkie pieniądze, prawdopodobnie skredytowane przez bezpieczniacki „Pewex”; czy dżentelmen ten jest też w składzie komisji wyborczej przy ambasadzie polskiej w Paryżu?...). Zważywszy, że emigranci raczej nie kochają spodstolnych polityków można zasadnie przyjąć, że „nie istniejące WSI” muszą być tam szczególnie aktywne i szczególnie wdzięczne Komorowskiemu za „ochronę”... Uczulamy więc Polonię na tę kwestię: po ostatnich fałszerstwach w wyborach samorządowych w Polsce może być właśnie tam mocna powtórka w wyborach prezydenckich

 Przy okazji: wizytę ś.p. Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku, zakończoną tragedią, też „nadzorował” z ramienia polskiego MSZ w ambasadzie polskiej w Moskwie osławiony Tomasz Turowski, b. komunistyczny bezpieczniak... Ministrem spraw zagranicznych w Polsce był wówczas Radosław Sikorski, ten sam, co to kilka lat wcześniej postulował „dorżnięcie PiS-owskiej watahy” i który w podsłuchanej nagranej rozmowie prywatnej przyznał się, że „robił laskę Amerykanom”. Ale, o dziwo, akurat to nie jego zmarły niedawno Władysław Bartoszewski, kiepski polityk-amator, dopieszczany przez niemieckich propagandystów stypendiami i odznaczeniami, nazwał „dyplomatołkiem”: ten epitet zarezerwował akurat elokwentny dziadunio dla polityka PiS, Anny Fotygi, krytycznie nastawionej do platformerskiego serwilizmu wobec polityki niemieckiej.

 Wracając do wyborczej ostrożności: „ile szydeł wyłazi z wyborczego worka, ilu wielkich działaczów wygląda z rozporka” – przestrzegał Julian Tuwim. Zawsze aktualne ostrzeżenie w demokracji!

 Tymczasem odbyła się telewizyjna debata kandydatów, od której uchylił się cokolwiek mułowaty Komorowski. Jedyną zaletą tej debaty było to, iż państwowa telewizja zmuszona została po raz pierwszy od 25 lat do ujawnienia szerokiego i głębokiego nurtu społecznego, kwestionującego spodstolną III Rzeczpospolitą: już nie tylko Janusz Korwin-Mikke, dotąd dozowany jak lekarstwo w państwowych mediach; także Jacek Wilk, Grzegorz Braun, Paweł Kukiz, Marian Kowalski... Rzecz jasna – potężne siły bezpieczniackie pracować będą nad tym, by w najbliższych wyborach parlamentarnych nie  powstała wspólna płaszczyzna polityczna tych kontestujacych spodstolną RP ruchów i partii. Bo jakkolwiek różnią się one między sobą co do wielu kwestii – to jednak taka wspólna płaszczyzna jest możliwa: choćby w tym, co dotyczy zmiany obecnej konstytucji, ordynacji wyborczej czy prawa podatkowego, albo bezczelnych żydowskich żądań restytucyjnych.

 Co do samej prezydentury w obecnym kształcie kompetencyjnym – jest ona osobliwą hybrydą. Prezydent może dzisiaj samodzielnie ukształtować tylko skład swej kancelarii. Jeśli chodzi o nominacje na ważne urzędy i funkcje państwowe – ma tu generalnie związane ręce, bo tam, gdzie ma swobodę w obsadzie swoboda ta jest ograniczona: może wybierać ale tylko spośród „przedstawionych mu kandydatów”. Ma też, owszem, inicjatywę ustawodawczą, ale cóż po „inicjatywie”, gdy decyduje Sejm? Może wreszcie zwracać się do Narodu w orędziach, ale słabiutki to instrument władzy.

 Zaryzykowałbym taką opinię: prezydentura w Polsce, w jej obecnym kształcie - jeśli sprawuje ją człowiek odważny, uczciwy i odpowiedzialny – może nieco przeszkadzać i utrudniać działalność skorumpowanemu i sprzedajnemu rządowi. I odwrotnie: przy mądrym, odpowiedzialnym rządzie prezydentura może być obsadzona nawet przez miernotę lub durnia: będzie szkodzić, ale niewiele.

 Niestety, w spodstolnej III RP mieliśmy (z krótkimi wyjątkami) i  durne, sprzedajne rządy i durnych, z rozporka wyjrzałych prezydentów.

 Wydaje się, że zastąpienie dzisiaj obecnego systemu parlamentarno-gabinetowego systemem rządów prezydenckich wystarczająco spolaryzowałoby dzisiejszy elektorat (już znacznie mniej podatny na spodstolną propagandę i bogatszy w wiedzę o elitach III RP...), by tacy osobnicy jak Wałęsa, Kwaśniewski czy Komorowski nie byli wybierani na silnie umocowany urząd prezydenta.

 W końcowej fazie kampanii pierwszej tury można było zauważyć, że Komorowski – jak niegdyś Gomułka i Gierek – sięgnął po retorykę PRL-owską. Tak więc przeciwnicy Komorowskiego to „frustraci”, „siewcy nienawiści”, w czym kontynuuje się tradycja ”Gazety Wyborczej” („oszołomy”), czerpiąca z kolei z propagandy PRL („warchoły”), a sięgając głębiej: zarówno z leninowskiego „po co dyskutować z towarzyszem Kautskim – lepiej od razu nazwać go renegatem i zdrajca”, jak z goebbelsowskiego „pluć, pluć – zawsze coś przylgnie”. Skąd u „spodstolnych demokratów” te skłonności? Z czyim mlekiem je wyssali, albo jak popadli w ten nałóg, z którego nie chcą się leczyć?

 Wedle ideologii „gender” homoseksualizm to „trzecia płeć”; według mnie totalniackie zboczenie spodstolnych demokratów wynika z „trzeciej drogi do socjalizmu”, która maszerują. 

                                                                                    Marian Miszalski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »