Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

sobota, 24 czerwca 2017 r.
Strona główna
A najgorzej przy kawiorze PDF Drukuj Email
17.03.2017.

                                        

                                      A najgorzej przy kawiorze…

*Dżokej zmienia konia *Berlin  zdecydował? * Przypowieści Friedmana *Na bankiet , ale z toporkiem!

    Jacek Saryusz-Wolski, którym Jarosław Kaczyński pognębił właśnie wprawnie i spektakularnie     zarówno Ryżego Wałkonia,  jak i całą  Platformę Obywatelska - to postać wielce zasłużona w         stręczeniu i zaganianiu Polski do eurokołchozu. Już u progu lat 90-ych porzucił karierę naukową skromnego   doktora ekonomii w Uniwersytecie Łódzkim  dla kariery politycznej, dosiadając unijnego konika: patataj, patataj ku Brukseli!… Trzeba przyznać, że galopował na tym koniku ostro i bez       specjalnych zahamowań. W latach 1991-96 był pełnomocnikiem kolejnych rządów ds.integracji      europejskiej, w latach 200-2001 szefem Urzędu ds.Integracji  Europejskiej – a potem „sekretarzem   międzynarodowym” PO, jej wiceprzewodniczącym (2006-2010), będąc już nieprzerwanie europosłem z ramienia tej partii.  

  Pech naszego euro-dżokeja polegał jednak na tym, że jako frankofil związał się  od początku z       wewnątrzunijną  opcją francuską – podczas gdy Donald Tusk był od zawsze dżokejem ze stajni       niemieckiej.(Dziadek w Wehrmachcie zobowiązuje?...) Wszystko szło dobrze, dopóki za prezydentury Sarkozy’ego  Francja nie dokonała politycznego dealu z Niemcami: polegał on na tym, że w zamian za niemiecką zgodę na francuską Unię Śródziemnomorską (róbta co chceta w basenie Morza                    Śródziemnego, byle za naszą wiedzą) Niemcy dostały od Francji wolną rękę względem krajów Europy środkowo-wschodniej (róbta tam co chce ta, byle za wiedzą naszą). Z Unii Śródziemnomorskiej rychło nic nie wyszło – znacznie więcej wyszło z niemieckiej polityki wschodniej… Z ta chwilą Saryusz-Wolski przestał być specjalnie potrzebny Ryżemu Wałkoniowi  i Platformie Obywatelskiej, a i polityce francuskiej także, siedział zatem bezczynny pierdząc w stołek na swej euro synekurze, która wydawała się być końcem jego politycznej kariery. Los przecież dał mu ostatnią szansę: los w postaci Jarosława Kaczyńskiego, który znakomicie wykorzystał „odstawkę”  Saryusza-Wolskiego od platformersko - niemieckiego cyca, oferując mu powrót do main-streamu; bo chociaż wielu twierdzi, że Saryusz-Wolski nie ma szans w przepychance o fotel szefa Rady Europejskiej – to nie ulega wątpliwości, że przyjęcie oferty  „konika trojańskiego” względem PO i opcji niemieckiej zostanie mu w przyszłości                  wynagrodzone przez oferenta. Jedni powiadają, że może synekurą  komisarza  KE, inni – że może nawet    posadą przyszłego ministra spraw zagranicznych?...Wprawdzie Jarosław Kaczyński            zdementował pogłoski, jakoby składał mu taką  obietnicę, ale wierzymy przecież  tylko                             dementowanym informacjom…  Qui vivra- verra, kto dożyje – zobaczy. Ja akurat wierzę                     Kaczyńskiemu: nie  zamieniłby wiernego   Waszczykowskiego na  Saryusza-Wolskiego…   W każdym razie dokonany z dużym samozaparciem trawers Saryusza-Wolskiego spod wiaterku  PO  pod PiS-owskie sirocco  nie wydaje się ideowo  zbyt szczery: o ile sobie przypominam – podczas słynnej      debaty w Parlamencie Europejskim nad „zagrożeniem praworządności w Polsce” milczał jak zaklęty…  Jeszcze wyczekiwał?

    Sam wybór szefa Rady Europejskiej to demokratyczno-prawne bezhołowie. Nie     uregulowano nawet prawnie, kto zgłasza kandydatów…  Niektórzy bają, jakoby był jakiś niepisany zwyczaj,  wedle  którego kandydat powinien być w przeszłości co najmniej premierem albo prezydentem, inni twierdzą, że żadnego takiego zwyczaju nie ma. Będą więc „kły i pzaury”, a na końcu: głosowanie?...No ale czy wystarczy zwykła  większość głosów, czy może potrzebna jest jakaś kwalifikowana?... Burdel i serdel, i to nie byle gdzie (a może właśnie: byle gdzie…) bo w samym centrum Unii Europejskiej. Jak by nie patrzeć: nad eurokołchozem ciężkie chmury wiszą i nie pomoże nawet Wania z Griszą.

 Tymczasem Niemcy straszą coraz głośniej, że dalsze nieposłuszeństwo b.demoludów wobec Berlina  poskutkuje „Unią Europejską dwóch prędkości”. Sam termin jest bardziej  sportowy,  niż polityczny: prędkości, ale czego?...Czym mierzonych? W kilometrach na sekundę, czy tempem powiększania długu publicznego?... Kiedy Saryusz –Wolski i inni stręczyli Polsce akces do Unii  Europejskiej          dowodzili, że ten akces spowoduje „wyrównywanie szans”: poziomów życia, wzrostu gospodarczego, infrastruktury etc. Nazywano to też „polityką spójności” albo „solidarności”: bogate kraje unijne miały – powiedzmy wprost – finansować podciąganie się akcesyjnych demoludów na wyższy poziom, w zamian za  ich zgodę na ograniczanie swej suwerenności (Traktat Lizboński). Po latach okazało się wszakże, że to „podciąganie”, owszem,  następuje, ale wcale nie zmniejsza różnic, bo te narzucane  ograniczenia suwerenności i  ( „standardy europejskie”) skutecznie hamują b.demoludom rozwój ich własnego potencjału gospodarczego. Jak to trafnie przewidywał Milton Friedman, radząc biednym demoludom pielgrzymującym do UE: „Wy nie naśladujcie krajów bogatych w tym, co robią dzisiaj, ale róbcie to, co robiły one gdy były biedne”.

 Innymi słowy:

  Przychodzi milioner do biedaka i powiada: Panie Biedak, czemu to pan ze mną nie kooperuje? Czemu pan nie bywa u mnie, nie robi ze mną interesów, nie integruje się ze mną? Ładnie to tak, między sąsiadami?... – Ach  – powiada Biedak – żeby u pana bywać, robić z panem interesy i integrować się musiałbym kupić sobie frak, dobry samochód i przynajmniej od czasu do czasu zaprosić pana na lunch albo raut, a i chałupę na glanc odrychtować , na co mnie nie stać. – Ależ drogi Biedaku, to są głupstwa! – wykrzykuje Milioner – ja panu nawet dam forsę na ten frak, na ten samochód, na kawior i whisky, i chałupę panu odszykuje na cacuś- glancuś! . A potem pan weźmiesz już tylko kredyt w banku, który panu wskażę, i będziemy robić razem  wspaniałe interesa! – Hm – drapie się w głowę     Biedaczyna – kredyt, owszem, ale z czego spłacę, gdy te interesa z panem nam nie wyjdą? To się skończy tak, że bank odbierze mi te nędzną ziemię, co mi jeszcze została, i te chałupę, w której chowa się sześcioro drobiazgu, owszem, nie w luksusie, ale jednak  jako-tako. I co z nimi będzie, jak ja się zadłużę? – A co cię, człowieku, obchodzi, co z nimi będzie? O spłatę długów niech się przyszłe       pokolenia martwią! A bo to jeszcze  nie wiesz, że każdy dług można rolować? A i bankructwo,        upadłość, długo negocjować… A zadłużaj się  śmiało, na wyrost, co cię przyszłe pokolenia obchodzą!...

   I tak coś mi mówi, że te wspólne  interesa w UE  właśnie przestają wychodzić Bogatemu i Biednemu, toteż Bogaty mówi Biednemu: Pora się rozstać, dobry człowieku, pozwól że jeszcze tylko podsumuję twoje długi i wystawie rachuneczek… Chyba, że przepiszesz na mnie tę ziemię i tę chałupę, wtedy sprolonguje ci długi na jedno, powiedzmy, dwa  pokolenia… I co ty na to?

   W Wersalu właśnie ostro zapowiedziano „UE drugiej prędkości”, i tym razem nie wygląda to na kolejny  taktyczny szantaż w   ramach  europrzepychanek o to, śmo, czy tamto  – ale na stanowczą decyzję   Niemiec: koniec udawania wspólnych interesów – odtąd macie słuchać silniejszych. Ordung muss sein!

    Doszło więc do tego, że przy kawiorze, owszem – na Malcie – będzie się rozmawiać, ale o dalszej    utracie  suwerenności   biedaczków z demoludyczna przeszłością?

   Czy w tych „smutnych okolicznościach przyrody” Biedny nie powinien jednak rozejrzeć się za jakąś      siekierą? Kłonicą? Kosą?...

    Wiadomo, że na bankietach „najgorzej przy kawiorze: tu na zabój, tu na noże”. Toteż gdyśmy już dostąpili zaszczytu konsumpcji na  bankietach o standardzie europejskim dobrze  na taki   bankiet włożyć toporek  za pasek od spodni.

                                                                                                                      Marian Miszalski  

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »