Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

środa, 23 sierpnia 2017 r.
Strona główna
Od małej bruzdy do wielkiej fali PDF Drukuj Email
15.04.2017.

                                

     *Bruksela:  wielkie oszustwo! *Brexit  w dłuższej perspektywie *Kto pierwszy ten lepszy?...                                  

                                        Od małej bruzdy do wielkiej fali

   Z propagandowym  przytupem podpisano „deklarację rzymską”… Czym jest ta deklaracja? Świstkiem papieru, pełnym ogólników, zaklęć  i „wishfull  thinking”. Jest to listek figowy, przyłożony na wstydliwe miejsce UE do  czasy zakończenia Brexitu. Niemcy z pewnością  wykorzystają ów czas na „pogłębienie integracji” pozostałego eurokołchozu pod swoją, ma się rozumieć, hegemonią. Sposób ostatniego „wyboru” Tuska na przewodniczącego Rady Europy pokazuje, że nie natrafią tutaj na poważniejsze przeszkody wewnątrz eurokołchozu.  Postępy bolszwizmu i degrengolada UE są tu uderzające! Okazało się, że w Brukseli  nie było żadnego wyboru Tuska!...  Nie tylko zgłoszony oficjalnie przez rząd polski kandydat, Saryusz-Wolski, w ogóle nie zestal zaprezentowany i dopuszczony do wyboru, było znacznie gorzej. Przewodniczący tej hucpie premier Malty, niejaki Muscat (socjalista, klasyczny karierowicz, niemieckie popychadło)  zapytał  tylko 28 reprezentantów unijnych państwa , kto jest przeciw  kandydaturze Tuska (przez nikogo nawet nie zgłoszonego!…) i  przeciw  była  premier Beata Szydło. Potem Muscat uznał, że w ten sposób dokonano już  „wyboru” Tuska… Nawet nie spytał, kto jest „ za”, a kto się wstrzymał... Co jeszcze ciekawsze: żaden z uczestników tego „wyboru” ( poza premier Szydło) nie domagał się przestrzegania  procedury. Nawet w komunistycznych partiach b. sowieckiego obozu  nie pozwolono by sobie na taką ostentację!       

   Józef Muscat odegrał więc rolę oszusta i manipulatora, rolę  agenta wpływów Berlina .Ciekawe, że na takich agenciaków w brukselskiej menażerii  Niemcy dobierają sobie karierowiczów z małych państewek: Luksemburga (pijak Juncker), Holandii  (Tiemmermans) czy Malty (wspomniany Muscat).Dziwne tylko, że premier Szydło i  polska delegacja nie opuściła natychmiast sali obrad  gdy tylko zorientowali się, że Muskat wyklucza  głosowania kandydatów. Jestem pewien, że po stanowczym wyjściu polskiej delegacji z sali obrad natychmiast by ją zawrócono, by uniknąć skandalu… Pozostając na sali obrad - polska delegacja przegrała więc wojnę nerwów? Na to wygląda: gdy już została na sali, akceptując  oszustwo  i fałszerstwo wyborcze, tę wielką manipulację wykonaną  przez niemieckiego agenta, Muscata – było już za późno: fakt został dokonany!

    Wrócmy do Brexitu. Wyjście Wielkiej Brytanii z eurokołchozu komentowano w mediach w zasadzie płytko,  przeważnie w aspekcie doraźnym:  aktualnego zagrożenia migracją, brytyjskimi dąsami  na niektóre decyzje eurofrędzlów z Komisji Europejskiej, czy na wielkość brytyjskich wpłat do eurokołchozu. A gdyby tak  spojrzeć te ten Brexit nieco głębiej, z dłuższej perspektywy historycznej? Czy nie oznacza on, że Londyn uznał, iż przekroczona została w eurokołchozie pewna linia graniczna dopuszczalnej niemieckiej dominacji w Europie? Że Traktat Lizboński i wytworzona na jego podstawie praktyka nazbyt już krępują Wielką Brytanię i spychają  ją do roli „podwykonawcy” polityki niemieckiej w Europie?...I że ta polityka niemiecka  zaczyna poważnie kolidować  z polityką brytyjską? Że pora czynnie przeciwstawić  się polityce niemieckiej w Europie?...

   A jeśli tak właśnie jest – to Brexit oznacza początek politycznej konfrontacji Londynu i Berlina, o długotrwałych konsekwencjach. Albert Sorel napisał przed laty: „Wielkie wydarzenia zarysowują się ma morzu historii zrazu odległa i mała bruzdą, potem rosną i rosną w coraz większa falę, aż pióropuszami piany upadną na czekające na nie piaski”.

  Brexit oznaczać będzie w przyszłości jeszcze bliższe związki Wielkiej Brytanii ze Stanami Zjednoczonymi – których polityczno-militarna obecność w Europie już dzisiaj jest solą w oku tak Berlina jak Moskwy, i które z pewnością pracują nad rozerwaniem tego  strategicznego partnerstwa . Jak bardzo zaangażuje się teraz w ten proces Wielka Brytania?

  Stanisław Cat-Mackiewicz w swej „Europie in flagranti” pisze: „Największym zakrętem historycznym początków XX wieku było powstanie sojuszu francusko-angielskiego, który później przeistoczył się w trójprzymierze francusko-angielsko-rosyjskie – przeciwstawiając się stworzonemu jeszcze przez Bismarcka trójprzymierzu Niemiec i Austro-Węgier”.

  Oczywiście, w początkach XX wielu nie było jeszcze Rapallo, paktu Ribbentrop-Mołotow, ani dzisiejszego strategicznego partnerstwa Niemcy-Rosja, ponad euro kołchozem. To partnerstwo dowodzi, że Berlin wyciągnął jak najdalej idące wnioski z pochopnego zerwania przez Hitlera paktu Ribbentop-Mołotow… Po co ze sobą walczyć – jeśli można wspólnie kontynuować zapisy tamtego podziału stref wpływów w Europie?... W początkach XX wieku nie było też polityczno-militarnej obecności Stanów Zjednoczonych w Europie. Te dwa nowe czynniki mają swą wagę – czy jednak aż tak wielką, by wykluczyć, że ta „mała bruzda” – Brexit – nie urośnie w nieodległej przyszłości do rozmiarów „wielkiej fali”, która…  etc.?

  Panuje dość  powszechne  przekonanie, że prawdopodobna porażka Mariny Le Pen w drugiej turze francuskich wyborów prezydenckich popchnie Francję jeszcze głębiej w polityczne uzależnienie od  Niemiec, że przypieczętuje drugorzędność  Francji w eurokołchozie, a nawet – zważywszy strategiczne partnerstwo niemiecki-rosyjskie – trzeciorzędność Francji. Że Unia Śródziemnomorska, to „ kieszonkowe imperium” na które Berlin pozwolił Paryżowi w zamian za wolne ręce w  Europie Środkowo-Wschodniej, okazała się małowartościową łapówką niemiecką, za którą Berlin kupił sobie coś o wiele bardziej cennego… Byłbym jednak ostrożny w formułowaniu opinii, że po przegranej Frontu Narodowego w wyborach prezydenckich – Francja ulegnie dalszej wasalizacji przez politykę niemiecką. Powyborczy chaos we Francji, polityczny i gospodarczy  –sądzę, że nieunikniony – może wymuszać na zdegenerowanych elitach „republikańskich” potrzebę dystansowania się od niemieckiej hegemonii  i potrzebę nawiązywania do „silnej Francji w Europie”. Byłoby ciekawym paradoksem, gdyby  program Frontu Narodowego – przynajmniej w zakresie polityki zagranicznej – stał się jutro, pojutrze  programem jego dzisiejszych przeciwników.

   Zapewne posuwam się za daleko…  Czy jednak o wiele za daleko?...Bo – kto przed akcesem Polski do „demokratycznej, praworządnej i  otwartej” Unii Europejskiej przewidywał, że  już za kilkanaście lat wybór „prezydenta Unii Europejskiej”, zintegrowanej Traktatem Lizbońskim – będzie jakąś farsą, fałszerstwem bardziej bezczelnym  niż „wybory”  za najgłębszej komuny?... I bardziej skrywanym w unijnej propagandzie?

 Bolszewicki w metodzie  wybór  jakiegoś niemieckiego figuranta w rodzaju Tuska na „prezydenta Unii Europejskiej” nie jest, rzecz jasna, powodem do ostrego walenia się po szczękach, ale jest  znakomitym pretekstem do wymówienia Traktatu Lizbońskiego, a i okoliczność, że Wielka Brytania opuszcza euro-lagier (co zapowiada jej  rychłą z nim konfrontację) jest okolicznością sprzyjającą. Tylko patrzeć zresztą, jak skończą się dla Polski euro-dotacje i subwencje, tak małostkowo nam wypominane przez francuskiego prezydencka-pajacyka.

  Czy aby nie jest już tak, że kto pierwszy ucieknie spod Traktatu Lizbońskiego – ten zajmie lepszą pozycję wyjściową  w Europie po Brexicie?

   Brexit to nie tylko strata 30 miliardów euro wpłacanych dotąd przez brytyjskich podatników, ale coś znacznie, znacznie  więcej. Bo w Anglii obowiązuje ciągle stara zasada jej polityki (a podobno nie ma zasad w UE…), że „zwalczać należy to państwo europejskie, które jest najbliższe osiągnięcia hegemonii nad Europą”. Tak przynajmniej powiadają doświadczeni praktycy, rzadziej -  tzw. politolodzy.

                                                                                                       Marian Miszalski

 

 

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »