Celem tej strony jest bezpłatny dostęp do zamieszczanych tu tekstów bez ograniczeń i opłat.
Ci z Państwa, którzy chcieliby dobrowolnie wesprzeć wolne słowo pomagając rozwojowi strony - mogą dokonywać wpłat na podane niżej konta bankowe.

ZAPRASZAM!

Strona główna
Życiorys
Twórczość literacka
Szukaj
Napisz do mnie

MARIAN MISZALSKI

Konto złotówkowe:
ING Bank Śląski,
oddział w Łodzi,
nr konta bankowego: 
39 1050 1461 1000 0022 0737 9724

Konto dewizowe:
ING Bank Śląski,
nr konta bankowego:
94 1050 1461 1000 0022 9241 2620

Odwiedza stronę 2 gości
środa, 16 sierpnia 2017 r.
Strona główna
Hrabia Oxenstierna w Brukseli PDF Drukuj Email
11.03.2009.

(„Najwyższy Czas”, 11 III 2009)
  Kto dzisiaj pamięta to nazwisko: Axel Oxenstierna?... A przecież był to jeden z najwybitniejszych polityków przełomu XVI i XVII wieku, taki szwedzki Richelieu czy Churchill.

  Jako polityka nikt go prawie nie pamięta, ale jego wielkie odkrycie naukowe coraz powraca na myśl i na usta, chociaż – znów: mało kto wie, że on TO odkrył. Co odkrył?! Ano, właśnie jemu, niczym Archimedesowi „Eureka” – wyrwał się kiedyś z piersi okrzyk: „O, jakże małą mądrością rządzony jest ten świat”! Odkrycie hrabiego niemal co dzień potwierdzają politycy, zwłaszcza budowniczowie eurolandu. Dlatego spiżowy pomnik hrabiego Oxenstierny powinien stanąć w Brukseli, a pan Baroso czy tam pan Poettering, idąc rano do roboty, powinni mijać z nabożeństwem ten monument i kontemplować treść wiecznie żywego odkrycia hrabiego. Zważywszy, że „hrabia” nie pasuje do demokratycznej Europu – można by medialnie prezentować go „masom unijnym” jako jednego z pierwszych „europejczyków.

 Już zwołany przez prezydenta Kaczyńskiego „szczyt antykryzysowy” mógł przypominać odkrycie hrabiego. Zaraz po rozpoczęciu wyproszono ze „szczytu” dziennikarzy i trudno to tłumaczyć sobie inaczej, jak tylko chęcią ukrycia „niewielkiego rozumu”, który dominował w „debacie”. Ale oto sytuacja ta powtórzyła się na brukselskim szczycie! Wprawdzie dziennikarzy nie wypraszano, ale bo też i nie zaproszono ich na „szczytowanie euro-mędrców”. Musieli zadowolić się komunikatem, że UE nie sięgnie po „egoistyczny protekcjonizm” i wykaże się „solidarnością”. W to pierwsze trudno uwierzyć pamiętając słowa, jakie  nieco wcześniej wyrwały się Sarkozy’emu i stały się powodem powszechnego oburzenia. Sarkozy niekiedy szybciej mówi, niż myśli, ale właśnie dlatego można mu niekiedy wierzyć – pierwszy odruch, wiadomo, najbardziej szczery...W każdym razie to bardziej prawdopodobne, niż to, że premier Tusk do czegokolwiek mógł go przekonać. To drugie (tę wewnątrzunijną „solidarność”) bezlitośnie sprawdzili Węgrzy, proponując, by prawie 200 miliardów euro przeznaczyć na środkowowschodnich członków UE. Węgierskie „sprawdzam” pokazało, że o żadnej „solidarności” mowy nie ma, co więcej – premier Tusk zdecydowanie odciął się od propozycji węgierskiej, zupełnie tak, jakby Polska nie leżała w Europie środkowo-wschodniej, a, dajmy na to, nad Renem albo nad Loarą. Niewielką ilością rozumu rządzony jest jeśli nie świat, to przynajmniej Polska dzisiaj... Skąd Węgrzy wytrzasnęli tę kwotę - prawie 200 miliardów „euro”? Być może z palca, albo z sufitu, ale prawdopodobnie z wcześniejszych enuncjacji rozmaitych polityków ( w tym i Sarkoz’ego), którzy oszacowali „niezbędną pomoc na walkę z kryzysem” na 400 miliardów euro. Jeśli 400 miliardów dla całej UE – to te 200 miliardów, prawie połowa, dla jej biedniejszej części świadczyłoby wg.Węgrów o „wewnątrzunijnym solidaryźmie”. Niestety – nic z tego!

 Czym więc właściwie zakończył się szczyt brukselski?

 Wiele wskazuje, że niczym specjalnym, i nadal UE zarządzana będzie łagodnie mówiąc - niewielką mądrością. Prawdopodobnie ustalono, wiele teraz  „środków na walkę z kryzysem” wygenerować mają poszczególne kraje członkowskie własnym sumptem, czyli na ile każdy kraj członkowski wydoić ma własnych podatników, i wrzucić ten „udój” do wspólnej puli. Na następnym szczycie nastąpią z kolei targi, ile z tej wygenerowanej puli przydzieli się komu, żeby nie popaść w „egoistyczny protekcjonizm”, a zarazem dać wyraz „wewnątrzunijnej solidarności”... Taka pianę bić można długo, zbierając, rzecz jasna, śmietankę dla siebie...

 Najbardziej pasjonująca sprawa: jak będą „generowane” te środki, skoro wiadomo, że z pustego Salomon nie naleje? „Generować” pieniądze można na dwa zasadnicze sposoby: można ukraść, albo pożyczyć. Ukraść można drukując pieniądze (ale na tak zuchwałą kradzież chyba sobie Bruksela jeszcze nie pozwoli?...), albo wymuszając na obywatelach „pożyczkę” – na przykład zwiększając obciążenia podatkowe lub zadłużając przyszłe pokolenia (najczęściej jedno i drugie), w myśl zasady „po nas choćby i potop”. Jeśli zresztą wierzyć prorokom „efektu cieplarnianego” – potopu wykluczyć nie można. Ale może jest to tylko projekcja ich życzeń – ucieczki od odpowiedzialności?...

 Co do pożyczki właściwej, nie będącej ani kradzieżą zuchwałą w postaci drukowania pieniędzy, ani mniej zuchwałą, w postaci „pożyczki przymusowej” – kto dobrowolnie pożyczy 400 miliardów euro bez gwarancji?...Punkt ciężkości przenosi się zatem na te ewentualne gwarancje, czyli na zaufanie do Unii jako pożyczkobiorcy. Zaufanie, a!... To już pachnie pieniądzem wirtualnym, fiducjarnym... Pachnie? Raczej cuchnie, wręcz śmierdzi! Żeby te gwarancje były wiarygodne, państwa unijne muszą więc przejąć sporą część prywatnego jeszcze dziś majątku... Nacjonalizacja! Upaństwowienie! Taka ma być zatem prawdziwa cena tej pożyczki?...

 No ale im więcej „państwowego”, gospodarki państwowej, tym mniej z kolei szans na pokonanie kryzysu, zwłaszcza, że ma być „długotrwały”! Psiakrew, błędne koło. Albo zatem skończy się ta zabawa jeszcze większą ilością wirtualnego, fiducjarnego pieniądza wpuszczanego na rynek, a zatem obecny kryzys jest tylko skromnym preludium do krachu, za kilka lat, na skalę wprost gigantyczną – albo postępy socjalizmu będą tak znaczne, że Bruksela, zbrojna już w Traktat Lizboński, przystąpi do nieskrywanego już żadnym pieniądzem fiducjarnym dojenia podatników wprost i bezpośrednio, kto wie, czy nawet nie za pomocą kradzieży zuchwałej: drukowania „euro”.

 ...I pomyśleć, że wszystko przez to, że pan Grynśpan w Ameryce w porę nie zauważył widocznego gołym okiem i z daleka sprzężenia interwencjonizmu państwa ze spekulacją oszustów!

 Krótko mówiąc: walka UE z „kryzysem finansowym” przypomina kafkowską strategię oskarżonego w „Procesie”: grę na „przewleczenie”. Na tym przewleczeniu, na tym „generowanym” pieniądzu (nadal wirtualnym...) najbardziej utuczy się wszelkiej maści biurokracje: od samorządowych, na samym dole, poprzez państwowe, po unijną, na samym wierzchu. Zarządzanie kryzysem! – o, na tym można nieźle się obłowić.

 W filmie „Chinatown”, chyba jedynym dobrym filmie Polańskiego, porucznik Martinez powodowany nadgorliwością i strachem o własną karierę zabija przypadkowo kobietę, co towarzyszący mu prywatny detektyw komentuje półgłosem, do siebie: „Robić jak najmniej...”. Może to jest dobra dyrektywa dla wszelkiej biurokracji na czas obecnego kryzysu?...

 Tak czy siak, na razie proponuję ten pomnik hrabiego Oxenstierna w Brukseli, u wejścia do siedziby UE. A gdy potwierdzą się najgorsze przypuszczenia, że dzisiejszy kryzys był tylko wstępem do generalnego krachu, spowodowanego polityką „klin-klinem” ( na wirtualny pieniądz – jeszcze więcej wirtualnego pieniądza!) – trzeba by w Brukseli postawić inny jeszcze pomnik: tego „niewielkiego rozumu, którym rządzony jest świat”. Byłby to pomnik kolektywny: na cokole mogliby stać na przykład Grynszpan, Baroso, Balcerowicz, Zapatero..., o, to musiałby być naprawdę wielki pomnik!

Marian Miszalski

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »