Akulturalna kultura
25.10.2017.

                                            Akulturalna kultura, albo bełkot nowoczesny

Jak to szybko poszło, jak to szybko idzie!... Jeszcze w początkach lat 80-ych wystawienie na rzymskim wernisażu szklanych fiolek z fekaliami „artysty” wywołało  skandal, ale nie minęło ćwierć wieku, jak tego rodzaju grandziarstwo upowszechniło się w świecie tzw. sztuki nowoczesnej… Jakich to już jaj nie robią sobie z podatników opłacani z ich pieniędzy „tfu (!)rcy”…

Od dłuższego już czasu Muzeum Sztuki Nowoczesnej  w Łodzi (finansowane, a jakże, z budżetu Ministerstwa Kultury)  przysyła mi zaproszenia na rozmaite „wydarzenia artystyczne”; po kilku wizytach w tym Muzeum nie miałem najmniejszych wątpliwości, że wszystko to hucpa, zadyma i chałtura, więc bywać przestałem. Zaproszenia przychodzą  jednak nadal. Dzięki temu skonstatowałem, że język owych zaproszeń, informujących o charakterze danego „wydarzenia” niepokojąco i systematycznie  ewoluuje w stronę kompletnego bełkotu. Jest to bełkot nowoczesny.

Ostatnio dostałem zaproszenie na spotkanie z artystą („Igor Krenz. Sanyofikacja”):  „którego prace opierają się na poszukiwaniach paradoksów tzw.nowych mediów. Na wystawie zestawione zostaną dwie prace, w których pozornie niewinny, znaleziony obiekt kultury staje się bazą dla eksploracji skomplikowanych zależności między abstrakcyjnym i figuratywnym, materialnym i niematerialnym, poezją i prozą, obiektem i tłem, a nawet sztuką i kuratorstwem”.

Od razu zastanowiło mnie, dlaczego ów „obiekt kultury”  jest „pozornie niewinny”, jeśli kryje w sobie taki potencjał „skomplikowanych zależności”, i to nawet między „materialnym a niematerialnym”?  A może  jest jednak  „winny”?  Winny – ale właściwie czego, jeśli „staje się bazą dla eksploracji skomplikowanych zależności”?… Trudno to pojąć – ale czytajmy dalej o tym „wydarzeniu”:

 Dowiadujemy się tedy, że artysta:  „znalazł i kupił stertę wypełnionych treścią i ilustracjami książek naukowych zatytułowanych <Morfologia matematyczna w teledetekcji>. Z ilustracji wyprodukował dziesięć filmów video, jedna rzeźbę, dwie instalacje, cztery obrazy oraz mural. W rezultacie ilustracje stały się pracami, a książka stała się katalogiem wystawy”.

 Zaciekawiło mnie, że „w rezultacie ilustracje stały się pracami”. To wcześniej nie były?... No i czy artysta nie mógł wyprodukować więcej filmów video, rzeźb, instalacji, obrazów i murali z tej sterty książek, zwłaszcza, że  „były wypełnione treścią i ilustracjami”? Dziwne.

 Dalej następuje jakby wytłumaczenie odbiorcy, o co w tym wszystkim chodzi artyście :

 „Mamy tu do czynienia z translokacją multiplikującą ale i wielopoziomową grą z tym, czym jest sztuka współczesna”.

Hm. Wiec właściwie – z czym? I czy jest  to gra wstępna? Czy może gra hazardowa? Jak to interpretować z punktu widzenia gender albo politycznej poprawności? A z punktu widzenia  hazardowych „multiplikacji” kasyn Las Vegas? A z punktu widzenia „skomplikowanych zależności między materialnym a niematerialnym”?... „Obiektem i tłem”?...Psiakrew, o co tu chodzi?

Dalsza część objaśnień do wystawy nie rozjaśnia nam żadnej kwestii:

 „Artysta pojęcia matematyczne przeplata z pojęciami postkonceptualnymi, a w rezultacie dowcipnie komentuje świat sztuki”.

Że wiele „przeplata”, to jasne, że „dowcipnie” – to nieporozumienie, chyba, że cały dowcip polegał na uzyskaniu „artystycznego” grantu… Czytajmy jednak dalej te objaśnienia do „sztuki nowoczesnej”:

-artysta „trafił na schemat układów scalonych telewizorów nieistniejącej już firmy Sanyo. Schemat okazał się być pełen problemów egzystencjalnych, odniesień do ciemnych stron rzeczywistości. Opowiadał tak o depresji, jak i stanach euforycznych”…

Odnoszę wrażenie, że „stany euforyczne” nie są obce i samemu artyście, a przynajmniej autorowi objaśnień do jego wystawy. Ale wreszcie jakby zbliżamy się do istoty  tej sztuki:

 „Artysta przyjął założenie, że telewizor to proces. Telewizor sprawia, że widzimy coś, czego nie ma”.

Wreszcie jakiś konkret, mizerny, ale jednak: w telewizorze  widzimy coś, czego nie ma…

I konkret następny: „Wystawa (…) związana jest z  szerszym  projektem badającym świat przy wsparciu kuratorskim Grupy Budapeszt”.

Kto wspiera „Grupę Budapeszt”  w jej „szerszym projekcie badającym świat” metodami postępującego bełkotu o sztuce nowoczesnej? – niestety, tej najciekawszej informacji program wystawy nam nie udziela. Czy aby  nie fundacja Sorosa lub jakaś  jej macka?...

Roman Guardini, w latach 20-ych ub.wieku kierownik katedry filozofii religii na Uniwersytecie Berlińskim, jest autorem terminu „akulturalna kultura”, którego proroczo użył już w latach 60-ych. Dostrzegając trendy marksistowskie w systemie zachodniego kształcenia, przybierającym wskutek  postępów upaństwowienia szkolnictwa charakter masowy lecz bardzo spłycony – właśnie tę płyciznę wykształcenia nazywał „akulturalną kulturą”. Przewidywał, że objawi się ona z cała mocą w obrębie sztuki, gdzie prymitywizm upowszechniać  się będzie poprzez show-business i chałturę wszędzie tam, gdzie finansowanie kultury przez państwo iść będzie w ślad za finansowaniem szkolnictwa. Wprawdzie nie napisał tego wyraźnie, ale dawał do zrozumienia, że będzie to efekt demokratyzacji społeczeństw nie ubezpieczonej sztywnym systemem wartości: wartości chrześcijańskich. Wedle tych przewidywań  – kultura  i język miały być pierwszą ofiarą upaństwowionego systemu kształcenia. A jako że system ten zaliczano do szeroko rozumianej „kultury” – „sztuka” czy „twórczość artystyczna”  i towarzyszący jej bełkot byłyby zatem ową  „akulturalną kulturą”, produktem masowej edukacyjnej darmochy i taniochy…

Gdy Guardini wprowadzał ten termin do swego piśmiennictwa – wystawa umieszczonych w probówkach fekaliów w muzeum rzymskim wywoływała jeszcze skandal, ale z biegiem czasu skandaliczność tego rodzaju prowokacji malała, a ich ilość –gwałtownie rosła. Potem pojawiły się „instalacje”, „konstrukcje w procesie”, „wydarzenia artystyczne” i „eventy”, w których przejawiała się „akulturalna kultura” z jej myślą coraz bardziej przewodnią: każdy może być artystą… A jeśli każdy – to problem tylko w tym, kto i jakim sposobem dopchnie się do państwowej galerii,  dotowanego z budżetu państwa czy samorządu  teatru, wydawnictwa. Bełkot – zaburzenie sensownej mowy i języka – musi towarzyszyć temu parciu na kasę.

                                                                                                       Marian Miszalski